21.12.08

Przystanek dziewięćdziesiąty drugi

Właściwie wiedziałam że tak będzie :) ...

Odkąd Herbi pokazała na swoim blogu tamtą rudopomarańczową włóczkę o pięknej nazwie azteca, wiedziałam że kiedyś sobie ją kupię. Co prawda miałam cichutką nadzieję że nigdzie się na nią nie natknę, bo zbyt rozsądna jestem (niestety) żeby kupić ją z premedytacją w dajmy na to interfoxie. Albo że natknąwszy się nie będę posiadać przy duszy złamanego grosika, co pomoże mi wytrwać przy resztkach rozsądku...


Niestety :)


Poszłam w miasto żeby dokupic brakujące prezenty. Nie wiem naprawdę co mnie skusiło żeby zajrzeć do pasmanterii... Pewnie to że dawno w niej nie byłam. No i masz Ci los!

Pretekstem była turkusowa włóczka na wymarzoną kamizelkę dla mojej panienki. A zajrzę, jak będzie jakiś ładny turkusik to jej kupię...


No i kupiłam. Kartopu Melike:



Kolorek średnio wychodzi na zdjęciu, w naturze jest pięknym głębokim odcieniem turkusu. Włóczka ma 51% wełny i jest przyjemnie nierówna oraz równie przyjemnie grubaśna :)

W robocie ładnie wychodzi, pokażę następnym razem bo zapomniałam zrobić fotkę.

No i to tyle turkus. Wyszłabym już grzecznie z pasmanterii, gdyby nie rzut okiem na robótkę pani sprzedającej. Bardzo to ładne było i cieniowane. Ale zupełnie nie moje kolory.

Pani usłużnie pokazała mi na półce z której to włóczki tak ładnie robótka wychodzi ...

i to była ONA - azteca ...

No i oczywiście leżała tam ta "moja" ruda...

No i oczywiście już ją mam:



Usprawiedliwiłam sobie dość łatwo ten szalony zakup, tyle ostatnio sprzedałam kolczyków że spokojnie mam te włóczkę za darmo, znaczy za parę godzin ślęczenia w mężowskich okularkach i łapanie na drucik uciekających mi ciągle koralików :)

Swoją drogą podoba mi się przewrotność trwonienia pieniędzy pochodzących z rozwijania jednego szaleństwa na rozwijanie drugiego szaleństwa ... ;-PPP

Nową włóczką zainteresowany był też Aronek:



On zresztą interesuje się wszystkim co robi jego pani. Kiedy grzebię w kamykach i koralikach zawsze wpada żeby sprawdzić co wybrałam:



A grzebię ostatnio naprawdę sporo :)

Eh, naprawdę lubie dłubać w kamyczkach... Mogłabym chyba bez końca. Szkoda że tak mało mam na to czasu, buuuu ...

Oto parę już chyba ostatnich przed Świętami wyrobów, szkoda że czas prezentów się kończy ...






















Sorry za dość kiepskie zdjęcia, na ogół robione w nocy przy lampie, więc takie wyprane z kolorów. Nie mam kiedy sfotografować ich przy dziennym świetle :(
..
A wracając do mojej rudej azteki, marzy mi się od dawna długa kamizela. No i to będzie ona.
Ręce mnie świerzbią, ale pierwsza w kolejce moja Martusia i jej turkusik. Robi się go na szczęście piorunem, więc chyba nawet biorąc pod uwagę znikomą ilość czasu jaką mam na robótki, mam nadzieję szybko się uwinąć i rzucić w rudości... Verenka czeka już tyle czasu że jeszcze chwilka jej nie powinna zaszkodzić ;-P
..
Święta już prawie, u mnie ich nie czuć jeszcze zupełnie, zresztą nastrój mam w tym roku wyjątkowo mało świąteczny.
..
Ale Wam wszystkim życzę wszystkiego najlepszego, miłej i ciepłej atmosfery świątecznej, zdrowia i radości dla Was i Waszych bliskich. No i może choć odrobinki śniegu za oknem :)





7.12.08

Przystanek dziewięćdziesiąty pierwszy

Dziś na Przystanku będzie baaardzo biżuteryjnie. Uprzedzam od razu, będzie dużo do oglądania, proszę się uzbroić w cierpliwość :)


Jak widać, coś jednak jestem w stanie robić...
Druty co prawda dalej leżą odłogiem, mam już nawet skończone oba przody verenowego belezerka, ale jakoś nie mogę się zabrać za rękawy. Natomiast świetnie dłubie mi się w kamyczkach :)
Nadchodzi czas prezentów, mogę sobie troszkę poszaleć ...



Jaspis leopardzi. Mój ulubiony kamień. Właściwie od niego się wszystko zaczęło, w poszukiwaniu jaspisów zabrnełam do działu "akcesoria jubilerskie" na allegro i już stamtąd nigdy nie wyszłam ... :)

Te beczułki też ładne, prawda ?

A to barwiony marmur. Mam jeszcze taki fioletowy:



Odjazdowo wyglądają razem, chętnie bym sobie z nich obu coś zrobiła, tylko nie wiem do czego miałabym to nosić ?


Nad tymi szklanymi "balerinkami" siedziałam chyba z godzinę, zanim znalazłam im odpowiedni dodatek. Chyba to właśnie tak lubię w tworzeniu kolczyków: szukanie i dobieranie elementów.

Hehe, jak tak się nad sobą zastanowię to chyba bardziej lubię tworzyć te moje błyskotki niż je później nosić ...


To koraliki z fimo. Kolczyki dla nastolatki :)


Takie sznurkowe kolczyki już chyba kiedyś pokazywałam. Bardzo ładnie wyglądają na człowieku. Ciekawe czy i ten naszyjnik też będzie się dobrze nosił:


Sama bym sobie chętnie taki zrobiła, ale nie wiem po co mi taki. Strasznie się błyszczy :)

Natomiast bardzo lubię te srebrne kolczyki i o dziwo, nawet je noszę!


Te śmieszne pajacyki też fajnie wyglądają na człowieku:


Kamyczki to znowu barwiony marmur. A, bo nie napisałam że mam też taki czerwony :)


Te szkiełka kupiłam dość dawno temu i nie mogłam się jakoś z nimi zaprzyjaźnić. Teraz pójdą do ludzi i mam nadzieję że "ludzie" będą zadowoleni :)
Już prawie kończę, słowo daję :D

Dla kolejnej panienki, turkusiki:




Kolczyki z laki:


Bardzo ładnie laka wygląda ze srebrem. Kusi mnie jakiś fajny naszyjnik, może kiedyś się ten pomysł doczeka realizacji ...
.
.
No i na koniec nieco szalone kolczyki dla Qd :)

.
Oj, cośmy się nawybierały żeby dopasować muszelki do broszki którą lubi nosić...
Qd, mam nadzieję że będą ładnie razem wyglądały :)
Dostawa już niedługo, jak tylko niebieskie kamyki do mnie dotrą.
.
Uff... Ale tego naprodukowałam!
.
Właściwie to naprodukowałam więcej, ale wiem co to litość więc na dziś wystarczy tego pokazu ;-)
.
.
Kolejny weekend się kończy, jutro mam wolny dzień (ponowny toast za hiszpańskie święta!), ale nie spędzę go w domu przy kompie. Trochę mi szkoda, ale to najlepszy moment na przedświąteczne zakupy, więc zakładam wygodne buty i idę zwiedzać księgarnie i sklepy z ciuchami!!! Święta za pasem a ja nic nie mam dla moich facetów. Kolczyków jakoś nie noszą ... ;-)
No to lecę na te zakupy. Nie ukrywam, że i mi by się jakiś ciuszek przydał ...
.
.

22.11.08

Przystanek dziewięćdziesiąty


W ramach nadrabiania przystankowych zaległości pokażę Wam dziś wynik kolejnej "zupełnie przypadkowej" wizyty w centrum ogrodniczym... Nie znam wielu osób które pod koniec listopada wpadają na pomysł zakupów w centrum ogrodniczym, ale my właśnie takie pomysły miewamy :)


Ze dwa tygodnie temu byliśmy tam zresztą również, ot tak, pretekstem był worek ziemi do kwiatków, i odkryliśmy bardzo atrakcyjną przecenę doniczek. Kupiliśmy chyba ze cztery, one wiosną są naprawdę drogie, a my mamy całą masę kaktusów i innych roślin do przesadzenia z plastikowych starych koszmarków.


No więc, przejeżdżając znowu nieopodal naszego ulubionego centrum ogrodniczego w Kobyłce, postanowiliśmy zajrzeć tam na chwilkę... "A może znowu trafi się jakaś przeceniona doniczka..."


Nie pytajcie ile wydaliśmy... Przecenionych doniczek była cała masa!

To tylko kilka z nich ...




Hehe, jeśli chodzi o wariackie zakupy, jesteśmy z moim Mężem jednakowo kopnięci. I do tego kwiatki, ogródek i zwierzaki to nasze wspólne pasje, w przeciwieństwie do piłki nożnej czy włóczek (nazywanych przez niektórych sznurkami), które są pasjami całkowicie osobistymi ;)


Na deser, w stercie doniczek, Małżonek mój wypatrzył coś niesamowitego. Oboje się tym przedmiotem natychmiast zachwyciliśmy, a ponieważ również był przeceniony o 50%, nie było innego wyjścia jak tylko KUPIĆ.

No popatrzcie tylko:




To zdaje się jest podstawka pod świeczkę, nie wiem co robiła w stercie doniczek, ale nam wspaniale pasuje do klimatu w jakim zamierzamy (w bliżej nieokreślonej przyszłości) urządzić nasz salon...

Dzieci co prawda spojrzały na naszą zdobycz z lekkim obrzydzeniem, ale wiadomo że dzisiejsza młodzież ogólnie biorąc się nie zna ;-PP...


Dwa czy trzy lata temu wyhaftowałam sobie taką malutką serię obrazków "meksykańskich". Na jednym z nich jest właśnie taki drzemiący mariachi ... Reszta tutaj.


Miały być z nich podkładki pod kubki, ale jakoś nie udało mi się ich wykończyć, w sumie to dobrze, bo teraz raczej myślę że zawisną na ścianie. Kiedyś tam ...

Kurczę, tak sobie nieraz myślę, kiedy ja zdążę zrealizować te wszystkie swoje plany ???

21.11.08

Przystanek osiemdziesiąty dziewiąty

Melodii do robótek jakoś nie mam. Zazdroszczę Wam zapału i tych wszystkich cieplutkich puchatych sweterków i kamizelek, które masowo produkujecie :)

Ja od czasu do czasu pokiwam się nad moim verenowym blezerkiem, nie powiem, po trochu przybywa, i to wszystko na co mnie stać.

Ale żeby nie było tak całkiem beznadziejnie, to pokażę Wam parę błyskotek które zrobiłam sobie parę tygodni temu, bardzo jestem zadowolona zwłaszcza z kompletu: naszyjnik + kolczyki z ceramicznych koralików. Elementy kosztowały naprawdę grosze, a całość wyszła chyba ładnie, w każdym razie mi się podoba :)



Mam parę innych pomysłów, w tym dawno już obiecane Qd muszelkowe kolczyki, mam też trochę nowych koralików, no ale jakoś tę wenę twórczą mi zamroziło, czy co, w każdym razie wciąż liczę na to że do mnie przyjdzie...

A tak w ogóle to ja czekam już na wiosnę. Jak się pozytywnie nastawić, to w sumie jak na dłoni widać, że już do niej niedaleko. Choćby to, że za pasem grudzień, a wiadomo że po 21 grudnia dni robią się coraz dłuższe, czy to nie napawa Was nadzieją ? :)
Listopad się kończy, grudzień w ogóle zawsze mija błyskawicznie, styczeń jest co prawda dość marudnie długi, ale za to luty cudownie krótki. No a w marcu już będzie wiosna ! :)

No dobra, może i przesadzam z tym optymizmem, ale przyznajcie że coś w tym jednak jest ...

18.11.08

Przystanek osiemdziesiąty ósmy

Dawno nie było Aronka :)

Oto mój kochany piesek podczas swojej ulubionej rozrywki: przywalania czarnym futrzanym cielskiem drzwi do łazienki podczas gdy jego pani jest w środku ;)

Nie sposób go ruszyć z miejsca. Ani prośby ani groźby nie działają. Siły tyle nie mam. Działają tylko łaskotki nogą lub wabienie smakołykiem przez osobę trzecią. W tym konkretnym przypadku osoba trzecia wolała zrobić zdjęcie ...



16.11.08

Przystanek osiemdziesiąty siódmy

Dzisiejszy mój Przystanek będzie przystankiem kuchennym...

Na ten remont i na nową kuchnię czekałam z utęsknieniem przez całe dwa lata które minęły właśnie od naszej przeprowadzki. Kiszę się teraz w małej i ciemnej kuchence po poprzednich właścicielach domu i po prostu nie znoszę tego pomieszczenia!
Ten długo wyczekany i umówiony termin remontu nadszedł trzy tygodnie temu, zupełnie nie w porę. Nie miałam oczywiście głowy do planowania przeróbek, latania po sklepach ani pilnowania tego wszystkiego co się działo. Kafelki wypatrzyłam któregoś wieczoru na internetowej stronie producenta, płytki podłogowe jakoś przypadkiem wpadły mi w oko, no i jakoś w sumie psim swędem udało mi się trafić mniej więcej to co chciałam. I nawet nieźle razem wyglądają.

Pooglądajcie sobie jaką memamorfozę przeszła moja przyszła kuchnia, która powstaje w miejscu, gdzie poprzedni właściciele mieli dwa pomieszczenia, takie bardziej pralniowo-robocze.





Panom zostały jeszcze do zrobienia jakieś szczegóły, jutro skończą, będę mogła wreszcie wszystko posprzątać i zacząć poważnie myśleć o dalszym ciągu.

A ten dalszy ciąg to właśnie to co przyprawia mnie o ból głowy...

Przez całe swoje dorosłe życie miałam kuchnię w ciemnym brązie. Mam brązową duszę, więc w sumie nie dziwota :)
Bardzo lubiłam tę moją warszawską brązową kuchnię, ale dwa lata postanowiłam sobie, że ta nowa będzie zupełnym jej przeciwieństwem. 22 metry powierzchni, co prawda łącznie z jadalnią, pozwalają nieco poszaleć marzeniom, zwłaszcza że do tej pory moje kuchnie miały od 4 do 10 metrów...
No i dałam się zauroczyć stylowi tzw. angielskiemu:
Popatrzcie tylko:




Czyż nie piękne? Lubie kuchnie w klasycznym, starym stylu, nowoczesne wnętrza są dla mnie zimne a ja jestem zmarźlakiem ;)
Do przedwczoraj byłam pewna w 100% że moja kuchnia będzie właśnie tak wyglądać.
No a przedwczoraj dopadły mnie nagle setki wątpliwości. Nie ukrywam że największa z nich związana jest z pewnym czarnym ogromnym czterołapym stworzeniem, które sieje po całym domu kłęby wełny i tumany kurzu, gdzie się nie położy zostawia po sobie ślady a gdzie się nie otrząśnie, tam miliony kropeczek ozdabiają elegancko całe otoczenie...
Aronek bardzo lubi kuchnię, jak każdy normalny facet. Wiadomo że droga do jego serca tam właśnie ma swój początek. I on świetnie sobie z tego zdaje sprawę.
No i ja to wiem. I boję się że będę te jasne szafki przeklinać...
A poza tym, tak sobie myślę że jednak ciemny brąz jest ponadczasowy ...
Znaczy dla mnie. Bo go bardzo lubię ... :)
Myślałam też o innych kolorach, ale w sumie żaden mi nie pasuje.
Moda modą, ale moja kuchnia musi być przede wszystkim moja, to znaczy w moich kolorach, przytulna, zastawiona pierdółkami i obwieszona drobiazgami. Wielka szkoda że przepadły mi fotki mojej kuchni warszawskiej. Zobaczyłybyście do jakiego stonia umiem wykorzystać powierzchnię użytkową ... :)
Ale to nic, pewnie i tę powierzchnie uda mi się nieźle zagospodarować, czym w swoim czasie nie omieszkam się pochwalić.
Oczywiście o ile wreszcię się zdecyduję który kolor wybrać ...
... ciąg dalszy tematu na pewno nastąpi ...
;)

13.11.08

Bardzo dziekuję Wam wszystkim za ciepłe słowa i w ogóle za to że tu zaglądacie też dziękuję.

Eh, choćby się nie wiem jak bardzo chciało żeby czas stanął w miejscu, on nie chce stanąć, cicho i konsekwentnie idzie do przodu i pociąga nas za sobą.
Dałam mu się podporządkować, staram się nie zatrzymywać na dłużej i za dużo nie myśleć. Przynajmniej na tyle na ile jest to możliwe. Kręcący się w nieskończoność codzienny kieracik niewątpliwie mi w tym pomaga.

Tak więc jak obiecałam, zaraz wracam na mój przystanek. Zapraszam Was tutaj za dwa dni. Postaram się w weekend powiesić fotki tego co się dzieje u mnie w kuchni. A dzieje się dużo. Co zresztą przyprawia mnie o ból głowy, bo zdaję się że sama do końca nie wiem czego chcę ...

7.11.08

Powoli wracasz do codzienności.

Powoli wracasz do siebie.

Wracasz na Przystanek, wracasz do przyjaciół.

Choć pewnie nie do końca ta sama.

Kiedy tracimy kogoś bliskiego, tracimy też bezpowrotnie cząstkę własnej osoby. Kawałek życia gdzieś znika, jakiś etap się zamyka na zawsze. Zostają tylko w myślach zapamiętane obrazy, głos, wspomnienia. Przedmioty. Tylko tyle.

Nie umiesz się z tym pogodzić, czasem wydaje Ci się że możesz, ale jednak nie, jeszcze nie teraz. A może wcale.

Odkrywasz teraz nagle, że przez te wszystkie lata cały czas czułaś się w głębi duszy małą dziewczynką. Nie, nie zapomniałaś ile masz lat. Przecież trójka całkiem już dużych dzieci nie pozwala Ci zapomnieć o tym całkowicie.

Ale przecież od czterdziestuparu lat jesteś tą samą osobą. Najpierw małą Anusią, potem Anią trochę większą, później już całkiem dorosłą, a ostatnio Anią w tak zwanym średnim wieku.

Ale gdzieś tam, w głębi serca, mała Anusia zawsze była w Tobie.

Aż do dzisiaj. Dzisiaj musisz być jeszcze bardziej dorosła niż zawsze. Nadprogramowo dorosła. Dzielna, odpowiedzialna i pełna siły. A mała dziewczynka musiała odejść. I chyba nie wróci. Nie ma po co. Nie ma dla kogo.

***


Myślałam zamknąć Przystanek na dłużej. Ale widzę ile osób tu zagląda, więc powolutku wracam. Jeszcze może nie dziś ale wracam.

24.10.08

Przystanek osiemdziesiąty szósty

Okazuje się że awaria samochodu może czasem człowiekowi pomóc.
Dziś zmuszona byłam wziąć sobie wolny dzień z tego powodu, a ponieważ urlop już cały wykorzystałam, wzięłam dzień wolny na opiekę nad dzieckiem... eeee... znaczy... autkiem ;)

Oj przydał mi się ten dzień bardzo...

Dziesięć dni temu też miałam wolny dzień (niech żyją hiszpańskie święta!). Miałam zamiar go spędzić na ciuchowych zakupach, później postanowiłam połazić po sklepach z kafelkami i wyposażeniem kuchni, a w końcu zdecydowałam że zostanę w domu i... spędziłam dzień sprzątając pokoje, ogródek i samochód... Po prostu cudownie!
Wieczorem padłam i dopiero zdałam sobie sprawę z własnej głupoty :-/

Eh, ja jednak, podobnie jak Ania Shirley, staram się nigdy nie powtarzać tego samego głupstwa, więc dziś solennie sobie postanowiłam p r z e b i m b a ć dzień w sposób planowy i świadomy!

Jak postanowiłam, tak zrobiłam. I, poza trzema wizytami w warsztacie, zakupami w piekarni, odkurzeniem jednego piętra i posprzątaniem jednej łazienki, pozostałała mi tylko długa lista rzeczy nie zrobionych... I o to właśnie chodziło ... :)))

Spaceru w lesie nie liczę, bo to i dla mnie i dla Aronka czysta przyjemność...

Tak więc znam już klucz do poprawy moich kiepskich jesiennych nastrojów. Wystarczy przedłużyć wszystkie weekendy do trzech dni i myślę że poprawa będzie znaczna :)

Taki był mojego dnia początek:




Taki był środek:





A taki koniec:







Życzę i Wam takich dni od czasu do czasu :)


Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu