30.6.08

Przystanek pięćdziesiąty szósty

Powoli nasz dom zaczyna zapełniać się dziwacznymi przedmiotami ...
Zawsze mieliśmy upodobania do mniej lub bardziej dziwnych rupieci, szczególnie w pierwszych latach małżeństwa, kiedy w naszym małym mieszkanku było jeszcze troszkę wolnego miejsca. Pojawiały się więc dziwne młynki do kawy i nie kawy, szklane szuflady, różne kosze i koszyki, dwa stare wielkie drewniane trójnogi - statywy fotograficzne, stare aparaty ...
Potem zrobiło się ciasno i trochę musieliśmy przystopować. Ale, zaznaczam, tylko troche ;)
Od półtora roku możemy znowu rozwinąć skrzydła :)
.
Najpierw kupiłam sobie kilka absolutnie niezbędnych wielkich koszyków.
Ten był pierwszy:

To kolejny, tylko rączka mi się nie podoba, bo jest plastikowa. Być może pójdzie do likwidacji:

Najbardziej chyba lubię ten bordowy. W naturze jest dużo ładniejszy niż na zdjęciu. O mały włos dostałby się mojej Siostrze hehe, ale po ustawieniu go w pokoju, wrodzona chytrość kazała mi wrócić do sklepu gdzie je wygrzebałam i kupić Siostrze inny ;P


Małych mam oczywiście całą masę, więc nie ma się co chwalić ;)

Ale, na przykład niedawno taka nieduża klateczka mnie skusiła. Naprawdę nie wiem po co mi ona, na pewno nie dla ptaszkow, dla ptaszków mamy lepsze :)




A może jakaś roślinka będzie w niej rosła, a może po prostu będzie sobie wisiała w jakimś lepszym miejscu niż na tej lampie ;)

A propos lamp, to taką kamienną lampę udało nam się wygrzebać w ulubionej rupieciarni.

Jest ciężka jak grzmot i nie miała abażura, na razie ma papierowy substytut, ale nie tracę nadziei że kiedyś coś pięknego nam w ręce wpadnie ...

Ostatni nabytek, wypatrzony przez mojego małżonka to wiatrakowy żyrandol do salonu:


Przyznaję że początkowo miałam opory, żeby go powiesić, ale od kiedy wisi i nawet okazało się że działa, to już go lubię. Papugi raczej nie, pewnie myślą że to jakieś ogromne ptaszysko macha skrzydłami pod sufitem, boją się okropnie, więc nie będziemy się na razie nim wachlować. Nie mam jednak złudzeń, wiem że będzie to wkrótce ich ulubione miejsce zabawy. Mam nadzieje tylko że nie uda im się go szybko zniszczyć ...

Kosztował nas tylko 50 złotych, myślę że sprzedający nie wierzył że to ustrojstwo działa ...
Działa naprawdę i jest super!

Eh, ciekawe ile takich przedmiotów uda nam się zgromadzić w tym wielkim domu przez resztę lat naszego życia...

Myślę że jeszcze trochę tego będzie :)

25.6.08

Przystanek pięćdziesiąty piąty

I znowu miałam napad "natchnienia", nazwijmy to pięknie, artystyczno-jubilerskiego (z dużym przymrużeniem oka). Oto rezultaty:

Patyczaki z korala, chodziły za mną od dawna, kupiłam bransoletę z takich właśnie koralowych patyków i od razu ją rozprułam w celach kolczykowych. Oczywiście swoje musiała w koszyczku odleżeć, ale w końcu stało się - oświeciło mnie i mam :)






A poniżej dowód na to że nie jestem jednak kolorystyczną konserwą :)

Turkusu nie zaliczyłabym do moich ulubionych kolorów, ale kiedy zobaczyłam na allegro te klepsydry ze szkła weneckiego, rzuciłam sie na nie bez zastanowienia. Teraz już wiem, że podskórnie czułam że świetnie się będą komponować z brązem ;-P

Co prawda planowałam z nich zrobić kolczyki, ale jednak są za ciężkie. Musiałam dobrać do uszu inne szkiełka, a klepsydry wskoczyły do naszyjnika.






Chyba wpadam w jakąś biżuteryjną manię.

Nie powiem, bardzo przyjemna jest ona :)


A teraz z zupełnie innej beczki: zobaczcie jak ślicznie dziś rozkwitła czerwona lilia...

Może nie najlepsze zdjęcie, ale nie wiem czy zdążę zrobić inne, bo był tylko jeden pąk. Jutro już pewnie będzie po kwiatku. Szkoda...
.
Z innych pól mojej działalności donoszę, że uparłam się na ażury i zaczęłam energicznie działać w tym kierunku. Jak na razie idzie nieźle, opanowałam już nawet jeden sympatyczny wzorek, tylko nie miałam pojęcia, że ze średniogrubej bawełny ażur wychodzi taki grubaśny!
To znaczy że nie dość że się trzeba męczyć ze schematami i nawijkami to jeszcze powinno się robić z cieniutkiej niteczki... i może jeszcze na dwójkach ??? Hehehe, jak dla mnie bomba! ...

22.6.08

Przystanek pięćdziesiąty czwarty

Niedowiary! Udało mi się skończyć ceglasty blezerek! Znaczy się prawie mi się udało go skończyć albo raczej udało mi się go prawie skończyć :)

Skończyłam rękawy i wszyłam je do całości, która juz tak zeszyta czekała na ten moment prawie dwa lata!

No właśnie, jak wszywacie rękawy? Zszyte czy zszywacie je na końcu? Bo ja zawsze zaczynam od wszycia tzw. główki na płask, a zszycie samego rękawa zostawiam na sam koniec. Tak mi łatwiej.

No ale tym razem musiałam się trochę pogimnastykować, bo reszta w formie niby-kamizelki leżała i czekała. Udało się!

Zdjęcia będą ale później, bo muszę jeszcze go wykończyć, no i oczywiście jak zwykle nie wiem co z kołnierzem i z zapinaniem, więc chwilkę potrwa zanim się zdecyduję. Chciałam wszywać suwak, ale po pierwsze nigdy w życiu nie dobiorę takiego koloru suwaka, a po drugie sama nie wiem czy to dobry pomysł ...

No i teraz znowu kłopot: co tu sobie nowego do roboty wymyśleć ?... Nieśmiertelny dywanik łazienkowy, czyli tzw zapchajdziura, odpada gdyż zakupiłam sobie śliczny szmiaciany chodniczek do łazienki i tamten już stał się niepotrzebny.

Tak więc muszę sobie znaleźć jakiś fajny pomysł.

No to idę szukać ...

.

20.6.08

Przystanek pięćdziesiąty trzeci


Na dowód że nie oszukuję, wieszam fotkę pięknie kwitnącego liliowca. Na razie kwitną tylko rudzielce, ale widzę że zaraz będzie kolorów więcej. Oczywiście pochwalę się Wam jak tylko się porozwijają :)

Taka ze mnie wielka ogrodniczka, a wciąż mam pełno niezagospodarowango miejsca w ogródku. Wiem, wiem że nie od razu Kraków zbudowano, ale żal mi trochę że tak mało mam dla niego czasu.

Tak jak słusznie sobie mnie wyobraża Herbi, jeżdżę po różnych miejscach (co prawda nie na rowerze) i podglądam cudze ogródki :) Zresztą nie tylko ogródki, zieleń miejska też gdzieniegdzie nadaje się do podglądania. Właśnie przez jeden z miejskich klombów na Mokotowie zachorowałam ostatnio na taką roślinkę:



Taki sobie niepozorny czosnek katarawski. Ale jednak piękny, prawda?

No i już oczywiście mnie kusi żeby kupić różnych czosnków całe mnóstwo. Choroba jakaś ?

Nie piszę ostatnio o robótkach no bo i nie robótkuję prawie wcale. Ale za to czasem sobie jakiegos kolczyka zmajstruję. Właśnie wczoraj zrobiłam śliczny komplecik, z naszyjnikiem, ale pokażę dopiero w przyszłym tygodniu. A taki mam kaprys ...

I jeszcze czasem coś czytam, dorwałam się do nowej powieści Zafona. Niesamowita ...



Nie czytałam wcześniej "Cienia wiatru", ale zostawiłam sobie go na później, może gdzieś go znajdę w oryginale. Wolałabym, lepiej mi się czyta Hiszpanów po hiszpańsku. Czytając tłumaczenie często łapię się na ocenianiu pracy tłumacza. Takie skrzywienie mam i już.

A ostatnio dowiedziałam się że jedna z moich koleżanek jest właśnie w trakcie tłumaczenia "Gry Anioła"... Ukaże się wczesną jesienią.




18.6.08

Przystanek pięćdziesiąty drugi


Lato w pełni, kwiaty mi kwitną jak szalone. Uwielbiam to :)

Rozkwitają już pierwsze liliowce, nie mogę się doczekać. Oczywiście nie omieszkam Was zasypać ich zdjęciami ;-P

A ten na górze to pięciornik. Taka sobie dość niepozorna roślinka, a od kiedy zakwitł, nie mogę się na niego napatrzeć :)

No i pięknie rozrastają mi się moje ukochane hosty. Niektóre też już chcą kwitnąć.








Trochę Was oszczędziłam bo mam ich kilkanaście. Chciałabym mieć oczywiście więcej :) Każda jest inna i naprawdę nie umiem zdecydować która mi się najbardziej podoba.


Prawda że piękne ?




Na tarasie kwitnie zaś agapant, w tym roku rozkwitł i niebieski i biały. Szkoda tylko że to jego kwitnienie tak krótko trwa...





Eh, no i jak tu nie uwielbiać lata ...


A do tego truskawki...

i czereśnie...

i truskawki...
i czereśnie...
i truskawki...

i czereśnie...


:)






16.6.08

Przystanek pięćdziesiąty pierwszy

No i zapomniałam się pochwalić moim wspaniałym nabytkiem !




A niech tam, co Wam będę żałować!

Pokażę Wam trochę obrazków, żebyście dostały kolorowego zawrotu głowy tak jak ja :)









Oglądam je z takim samym rosnącym apetytem jak zdjęcia przepisów w mojej do niedawna ulubionej gazecie "Kuchni" :D
Prawda że apetyczne ?
.
Jak wiecie, już od jakiegoś czasu dojrzewa we mnie myśl o jakimś gobelinku czy jak kto woli intarsji... Dojrzewa, dojrzewa i ... dojrzeć nie może. Trochę dlatego że w ogóle chwilowo nie mogę drutować, po paru rzędach muszę odłożyć robótkę, łapska mnie znowu bolą.
Trochę więc czasem podrobię rękawy do bawełnianego ceglastego blezerka, ale że mam strasznie długie ręce, to do końca jakoś ciągle daleko...
Ale naprawdę bardzo się cieszę że w przypływie przeprowadzkowo-porządkowego szaleństwa nie wyrzuciłam tej nieprzebranej masy resztek włóczek, którą uzbierałam przez ostatnie dwadzieścia lat...
Kupiłam im wiosną dwa wielkie pudła marki IKEA (największe jakie były) i spoczęły sobie na strychu w oczekiwaniu na lepsze czasy. A kto wie, może te czasy już niebawem nadejdą :)
.
.

14.6.08

Przystanek pięćdziesiąty

Klamka zapadła. Wronowo już prawie nie jest nasze.

Byliśmy tam dzisiaj raz jeszcze rzucić okiem na stare kąty. Zarosło wszystko i znów przypomina tajemniczy ogród, tak jak siedem lat temu, kiedy odkrywaliśmy je na nowo.






A tutaj zobaczyć możecie dawne czasy naszej wronowskiej świetności.
Reszta zdjęć tutaj i tutaj.
Eh, to były naprawdę wspaniałe czasy...
A jeszcze dawniej, kiedy Piotruś był mały ...
a jeszcze dawniej, kiedy zaczynali tam gospodarować nasi Rodzice...
Co krok to wspomnienie.
Trochę nam ciężko było podjąć decyzje, trwało to prawie dwa lata.
No nic, mamy na zawsze piękne wspomnienia i trochę kolorowych zdjęć.

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu