5.8.08

Przystanek sześćdziesiąty piąty

Dziś sobie robię Dzień Dziecka :)
Jakoś nie udało się nam pojechać nad morze, więc ostatnie dni urlopu w domu zamierzam spędzić robiąc to co lubię. Co prawda właśnie zaczęliśmy remont kolejnego pokoju, ale dziś sobie postanowiłam że nawet tam nie wejdę...

Na początek to co tygrysy lubią najbardziej na śniadanko:




Precz z liczeniem kalorii! ;-P
Od dziecka żadna potrawa nie nastraja mnie tak optymistycznie do świata jak placuszek zwany w naszej rodzinie grzybkiem a gdzieniegdzie omletem ...

Jak wrócę do pracy (to już za parę dni niestety), będę się wreszcie musiała za siebie wziąć, tym bardziej że kupiona niedawno waga bezlitośnie udowadnia mi że "samo" się w żaden sposób nie chudnie ... Ale dziś nie mam zamiaru o tym myśleć, ani się umartwiać, no chyba żeby mnie wzięło na przeglądanie ciuchów... nie! nic z tego, do szafy nawet nie zajrzę! Chyba że do tej z włóczkami :)

Mam i owszem nawet kilka tematów do przejrzenia włóczek:

Po pierwsze będę szukać kilku kolorów bawełny do połączenia w jeden paskowany lub innego rodzaju wzorkowaty kardigan, po drugie znowu kolory ale wełniane - na ten gobelinowy sweter bądź kamizelę która za mną chodzi już od kilku miesięcy, a po trzecie, na stronce Berroco wpadło mi w oko coś takiego:



i oczywiście chciałabym sobie coś podobnego wydłubać. Musiałabym go nieco zmodyfikować, a na pewno trochę podłużyć, bo na mojej nazwijmy to pięknie figurze takie przykrótkie sweterki nie wyglądają dobrze. Ale ta góra bardzo mi się podoba, więc mam zamiar ją zmałpować.

No więc muszę przejrzeć zapasy i zdecydować z czego taki cardigan dobrze by wyglądał. A jest w czym wybierać, oj jest :)

Ale oczywiście nie wolno mi zacząć niczego dopóki nie skończę zielonego dziurawego wdzianka dla córki. Nie mówiąc oczywiście o tasiemkowym bordowym kardiganie który leży i czeka, no bo cóż biedny ma innego do roboty...

Zielone nawet trochę się ostatnio posunęło do przodu. Będzie z długimi rękawami i kapturem...

Hm, do końca nie jestem przekonana do tej wizji, ale klient nasz pan :) więc nie marudzę tylko dłubię ...



Idę więc grzebać w pudłach i pudełkach, a kiedy się zmęczę to odpocznę sobie o tak:


A nie byłabym sobą gdybym Wam kilku kwitnących właśnie kwiatków z ogródka nie pokazała :)

A jednak jak widać nie wytrzymałam i dokupiłam jeszcze sobie lilię ... :)

A tu jakiemuś anemonowi przypomniało się że nie zakwitł wiosną ...

I moja ukochana kozłówka. Jedna z bylin które udało mi się uratować z mojego ogródka na wsi.

I to by było na tyle ...

3 komentarze:

  1. Ale masz piękny leżaczek!... *^v^*
    W rodzinie mojego męża też się często robiło grzybka, całkiem smaczna potrawa, u mnie raczej naleśniki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Leżaczek jest naprawdę cudowny, tylko coś za mało mam czasu na leżakowanie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. piekny lezaczek..wygodny zapene..ja tez podobny mam i wladam nim niepodzielnie..jakos sie tak utarlo,ze jak wychodze na taras to jak ktos go zajmuje to tak samowolnie mi ustepuje:)...pomysl na nowy sweterek swietny..tez mi sie podoba.. no i koncz to zielone bom ciekawa bardzo..pozdrawiam ania

    OdpowiedzUsuń

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu