28.9.08

Przystanek osiemdziesiąty drugi

Dziś dzień leśnych spacerów. Przepiękna pogoda, taką jesień jestem w stanie polubić...

W lesie grzybów całe mnóstwo, a najwięcej pięknych muchomorów...

Oczywiście jak się idzie do lasu w południe, to raczej nie ma co liczyć na polany pełne czekających borowików. No, ale my pojechaliśmy przede wszystkim przewietrzyć piesa ...


Pies bardzo lubi być przewietrzany, przez pierwszy kwadrans radośnie galopuje, aż mu uszy w powietrzu łopocą, a potem już raczej człapie obok nas, tropiąc co i rusz wszystkie intrygujące leśne zapachy. Sorry za nieostre zdjęcie, ale naprawdę trudno uchwycić psa w locie ;)
Powiedziałabym że rytm spacerowy Arona bardzo mi odpowiada, z tym że ja nie mam tego pierwszego etapu ;)

Wygrzewający się na drodze zaskroniec nie wzbudził w piesku entuzjamu. Całe szczęście zresztą...

Po wyprawie Aron padł jak długi, ja wstawiłam obiad do piekarnika (niech żyje pieczenie mięsa, człowiek ma dwie godziny spokoju!!!) i nareszcie mogłam zająć się pracami ręcznymi. Nie udało mi się zdziałać wiele, ale mam kilka nowych par kolczyków:




Te są z agatu wężowego. Kamienie są naprawdę przepiękne, a szczególnie w świetle słonecznym. Długo zastanawiałam się i przymierzałam je do innych kamyczków, ale w końcu zdecydowałam że najładniej będą wyglądały same.



To też agat wężowy, szary, trochę może mniej efektowny, dlatego dołożyłam mu kosteczkę z barwionego marmuru. Zrobię sobie jeszcze do kompletu naszyjnik. Tylko nie wiem kiedy. Nigdy nie mam czasu na robienie naszyjników a jak już sobie zrobię, to i tak nie noszę ...




To szkiełka weneckie, kolczyki dla Marty.




A te szkiełka są moje. Mam jeszcze parę w zapasie, więc też pewnie kiedyś zrobię naszyjnik, a przynajmniej tak mi się teraz wydaje...








27.9.08

Przystanek osiemdziesiąty pierwszy

Dziś piękna sobota, miejmy nadzieję że i jutro będzie ładnie i ciepło. Zostało mi parę roślinek do wsadzenia w ogródku, nie wiem jak to się dzieje, ale im bliżej końca sezonu, tym mi więcej roślin przybywa...
Wczoraj przytargałam cały bagażnik zdobycznych roślin od Cioci, najbardziej chyba cieszę się z czerwonych ciemierników i hortensji bukietowej. Będę miała co pokazywać kiedy zakwitną :)

Pracowity dziś dzień miałam, nie wystarczyło czasu na błyskotki, a tu nowa dostawa z allegro przyszła...


Za oknem już ciemno. Szkoda że dni już takie krótkie, ne lubię robić biżuterii przy sztucznym świetle, ciężko się dobiera kolory. Może jutro znajdę wolną godzinkę ...

Dziś jeszcze przede mną drutowanie verenowego blezerka oraz ... spacerek z Aronem ...

26.9.08

Przystanek osiemdziesiąty

Dawno nie było o moim piątym dziecku, czyli Aronku.
Muszę to szybko naprawić, jako że w swoim czasie obiecałam paru osobom że będę o naszym psim życiu opowiadała...

Aron jest wciąż psem bez posłania. Odmówił wejścia na materac który podsunęliśmy mu w dniu przybycia do naszego domu, nie chciał wejść na koc, ani używać poduszki, no po prostu tragedia: śpi wyłącznie na gołej podłodze. Zresztą nie ma jeszcze również swojego stałego miejsca: kładzie się tam gdzie jesteśmy my. Śpi najczęściej z nami w sypialni (nie, nie na łóżku), ma dwa alternatywne miejsca które w ciągu nocy kilkakrotnie zmienia. Jak mu się znudzi to sobie idzie do holu, generalnie jednak jest blisko nas.

Póki było gorąco, byłam w stanie go zrozumieć, podłoga pewnie jest do spania chłodniejsza i przyjemniejsza dla takiego kudłacza. Trochę mnie co prawda boli serce kiedy słyszę to charakterystyczne łupnięcie kości o podłogę (rany, czy wszystkie psy padają na podłogę z takim impetem ?)...

No ale zrobiło się zimno, pora pieska przekonać do zdobyczy cywilizacji. Musimy się zdecydować na zakup jakiegos posłanka (waham się pomiędzy rozmiarem małego tapczanu a dużego pontonu ;). Trochę jednak strach że kupimy mu jakąś kanapę a potem sami będziemy ją musieli użytkować :))))

Przywieźliśmy więc na razie materacyk ze starej dziecinnej kanapy którą mieliśmy we Wronowie. Reakcja psa oczywiście zerowa. Sama się na nim położyłam żeby psisko zachęcić. Owszem, położył się obok mnie, ale na podłodze, owszem, zachęcony położył łapę na materacu, ale na tym koniec.

Sprytnie umieściłam materac obok komody w sypialni, gdzie na ogół spędza pół nocy. O nieee, nie z Aronem te numery: obok materaca też jest sporo miejsca. Spokojnie się można wyspac ...

Następnej nocy powiedziałam tonem proszącym, pokazując materac: Aronku, połóż się na materacu...
No i mało nie spadłam z łóżka z wrażenia: po prostu poszedł tam i najspokojniej w świecie się położył!
Nie trwało to długo. Może z pół godzinki. Resztę nocy spędził po swojemu.
Kolejnej nocy było to samo. Wczoraj też. Mam wrażenie że robi to dla mnie, żeby mi zrobić przyjemność... Na chwilkę czy dwie, spojrzy mi w oczy głęboko i idzie się położyć na materacu. A po spełnieniu obowiązku kładzie się tam gdzie lubi ...

Dziś mam tego dowód. Dostał Aron po spacerze skórzaną kość do gryzienia. Bardzo się ucieszył. Spojrzał mi prosto w oczy takim dłuższym, badawczym spojrzeniem i ... poszedł do ciemnej sypialni, zjeść ją na materacu! Dla mnie w podziękowaniu! ...




Mówcie co chcecie, ten pies nie jest zwyczajny ...

22.9.08

Przystanek siedemdziesiąty dziewiąty

Uległam absolutnej fascynacji kolejnym wyrobem Svetlany z My Knitting Island. To jeden z moich ulubionych blogów robótkowych, pewnie dlatego że łączy mnie z jego autorką miłość do cardiganów :)

Tylko zobaczcie jaka piękna kamizela...





Natychmiast postanowiłam dopisać takie piękne cuś do kolejki. Oho, zaczyna się... :)

Tymczasem mój verenowy cardigan powoli rośnie, choć czasu mam dla niego mało, ale jednak druty "piątki" robią swoje i nawet parę rządków co wieczór robi swoje.

Spróbuję dziś fotkę machnąć, co prawda przed zmierzchem do domu nie dojadę, ale może jakoś się uda, to jeszcze dziś powieszę.

Robi się z tej mojej merynosowej wełny po prostu bajecznie, a taka jest delikatna że aż wierzyć się nie chce że to 100% wełny, gdyby nie etykieta to pewnie miałabym co do tego wątpliwości. Moje zmarznięte jestestwo już się cieszy na taki cieplutki i milutki sweter :) Byle szybko !

21.9.08

Przystanek siedemdziesiąty ósmy

Sobota upłynęła nam pod znakiem pożegnania z Wronowem. Smutny jesienny dzień, choć w sumie pogoda nas oszczędziła, tak jak zwykle zresztą, wierzę że w tym miejscu panuje jakiś specjalny mikroklimat, który pozwalał nam jechać na weekend na wieś, nie przejmując się pesymistycznymi prognozami pogody. I na ogół trafialiśmy w dziesiątkę. Wszędzie było mokro i brzydko, a we Wronowie nie :)

Wczoraj też dzień był w sumie niezły, pokropiło z lekka tylko raz, i naprawdę było dużo cieplej niżw domu. Dzięki temu mogliśmy bez pośpiechu połazić po ogrodzie w poszukiwaniu roślinek które nadawały się jeszcze do przesadzenia. Trochę się tego znalazło. Już dziś siedzą w naszym ogródku w Kobyłce. Będą nam przypominały nasze "młode lata" na wronowskich włościach ...

Nie miałam ochoty na robienie zdjęć, ale mężuś specjalnie do mojego Anusina parę pstryknął.
No to zapraszam na ostatni spacer po Wronowie:












Eh, przesadziliśmy co się dało, ale tylu roślin mi tak bardzo szkoda, wielkich pięknych jałowców sadzonych przez Tatę, dereni, rokitników, wierzby od Anki, wszystkich naszych drzewek owocowych, nie mówiąc już o brzozowwym zakątku i innych starych drzewach, które były świadkami tylu wspaniałych chwil w naszym życiu...
No nic, wyjścia innego nie było, koniec i kropka. Mamy całe mnóstwo wspomnień i trochę pięknych zdjęć. No i roślinki w ogródku. Musi nam to wystarczyć.


18.9.08

Przystanek siedemdziesiąty siódmy

Och, jak dobrze, kiedy coś człowieka tak nagle oświeci !...
Oświeciło mnie dziś i nareszcie chyba już znam przyczyne mojego robótkowego zastoju...


Tak sobie solennie obiecałam, że się nie złamię i nie porzucę aktualnej robótki dla innej, moje biedne dziecko czeka i czeka a zielony dziurawiec leży w koszyczku i cicho pokwikuje ...
A ja nie mogę się do niego zabrać...

A nie mogę się do niego zabrać, bo jest zdecydowanie za zimno na bawełnianą i do tego dziurawą robótke! Przynajmniej dla mnie jest za zimno...


No i w ogóle: Wy już tu sobie drutujecie różne puchate sweterki a ja mam w koszyku tylko same zzzzielone zzzzzimne dziury ... ;-P

A niech to! Dlaczego właściwie mam postępować wbrew sobie i dotrzymywać nikomu nie potrzebnych, (nie bójmy się tego głośno powiedzieć) głupawych przyrzeczeń!.. Biedne dziecko jakoś mamusię zrozumie (mam nadzieję) ...


Korzystając zatem z dzisiejszego wolnego wieczoru (tzn. Dwóch Szalenie Ważnych Meczów w tv i mężulka przykutego do fotela oraz pilota ;), rzuciłam się do swoich pudeł z włóczkami, cholercia, dlaczego mam pod ręką same bawełny ???


Nagrzebałam się w pudłach i powyciągałam różne cuda: a to zapomnianą ryżą wełenkę, a to piękny melanż z jedwabną nitką, z którego zrobię sobie kolejny szal, zwłaszcza że mój ukochany beżowy oddałam mojej kubańskiej przyjaciółce, po to by łatwiej jej było przywyknąć do europejskich chłodów, mogę więc śmiało dziergać następny. Z czarnej wełny chcę sobie zrobić mitenko - zarękawki, nic lepszego na ogrzanie starych zbolałych kości chyba jeszcze nie wymyślono :)


No i wyciągnęłam też piękną wełnę z merynosów, którą kupiłam rok temu na allegro, od raweny oczywiście :) Kolorek taki mysiobrązowy, trochę wpadający może w oliwkę, ale prawdę mówiąc sama już nie pamiętam, przyjrzę jej się jutro przy dziennym świetle, a przy sztucznym wygląda tak:






Widać kawałeczek próbki którą zrobiłam żeby zobaczyć jak wygląda na "piątkach" wzór do tego swetra z zeszłorocznej marcowej Vereny:




Mało co widać na tym zdjęciu, w zbliżeniu wygląda to tak:




Prosty sweterek i prosty wzór - na szczęście, bo mam tylko wersję niemiecką. Swoją drogą lubię rozszyfrowywać drutowe wzory z niemieckiego, którego oczywiście nie znam, ale w sumie wystarczy wiedzieć co to "recht" a co "link" oraz "stricken" hehe i wszysto jasne :)))

Niekoniecznie oczywiście zrobię go dokładnie według wzoru, chyba chora bym była gdybym coś kiedykolwiek zrobiła zgodnie z przepisem. No ale zamysł ogólny sobie ściągnę na pewno.

Co prawda wpadło mi w oko jeszcze kilka blezerków, między innymi takie dwa, chyba z Lana Grossa:







Ale chyba ten pierwszy najbardziej pasuje do mojej włóczki, a te dwa mogą poczekać sobie na następne moje chwile drutowej mobilizacji :)

Nooo, od razu mi lepiej na duszy! I powiem więcej: uwielbiam łamać zakazy, a najbardziej chyba swoje własne ;-P

I jeszcze na złość zakazom, zamierzam jednocześnie zacząć ten melanżowy szal, bo chętnie bym go niedługo miała, a robienie dwóch rzeczy jednocześnie (przy kolejnych trzech czekających każda w swoim koszyczku) jest po prostu rozkoszne !!!


14.9.08

Przystanek siedemdziesiąty szósty

No i proszę jaki pracowity weekend :)

Dokończyliśmy malowanie pokoju najstarszego syna, kolorki będą do wglądu niedługo, jestem w trakcie zbierania tzw. dokumentacji.

Dziś się trochę ociepliło, więc mogłam troche sobie poszaleć w ogródku.
Posadziłam te wszystkie, kupione na allegro bylinki:



oraz wszystkie inne czekające na zmiłowanie od jakiegoś czasu ...

Nie powiem, trochę czuję w kościach te ogrodowe szaleństwa, ale chyba to jednak lubię (taka odmiana ogrodowego masochizmu hehe).

Zresztą ogród robi co może żeby mi to wynagrodzić, sami zobaczcie jak pięknie kwitną kanny:

A w ogrodzie mam zawsze doborowe towarzystwo:


Do twarzy mu w tych kwiatach, prawda ?
Niestety, chodząc za mną po ogródku często włazi w tzw. szkodę. Nie uniknę pewnie ustawienia płotków i płoteczków, choć nie za bardzo to lubię. No ale cóż, chyba inaczej się nie da mu pokazać gdzie zaczyna się teren "zakazany" ...

No a wieczorem usiadłam i pogrzebałam trochę w moich skarbach.

A oto efekty, czyli kilka nowych par kolczyków. Wszystkie na zamówienie.


Nie powiem, lubię te moje błyskotki :)
***
Eh, i znowu po weekendzie ...
Jak dobrze że za parę dni będzie następny!
.

11.9.08

Przystanek siedemdziesiąty piąty

Zastanawiam się dlaczego właściwie nie lubię jesieni i wychodzi na to że chyba nie jest aż tak źle...
Jako młode dziewczę lubiłam jesień bardzo i to zarówno tę złotą, pełną zadumy i romantyzmu jak i jesienne deszcze i szarugi.
No to czemu teraz na myśl o jesiennych dniach dostaję dreszczy?
Czyżby tzw. prozie życia udało się odnieść kolejne zwycięstwo? Mówię że nie lubię jesieni, bo myślę już o nadchodzącej zimie i zimnie, i ciemnościach o 5.00 rano kiedy to muszę dzielnie wygrzebywać się z łóżkowego ciepełka. O zaśnieżonych jezdniach, o wyziębionym domu, o marznącej chlapie za oknem brrr.... Tego wszystkiego naprawdę nie znoszę!
Ale, tak naprawdę, przyznać muszę, że jesień niczemu nie jest winna :) Sama w sobie nadal potrafi być piękna i romantyczna.
Muszę o tym pamiętać, zanim na dobre pogrążę się w jesiennej chandrze, której oznaki i owszem już zaczynam u siebie zauważać. Nie chce mi się robić na drutach, nie chce mi się czytać, nie chce mi się ogładać tv (to akurat od dawna), najchętnej po pracy położyłabym sie na kanapie i owinęła kocykiem. Ale ponieważ szkoda mi wieczoru, to tak siedzę i siedzę przy kompie, czytam Wasze blogi, przeglądam nowe włóczki na allegro i nowe pomysły robótkowe na forach, ale z niemocy nic mnie nie chce wyciągnąć.
Uwaga zatem: ogłaszam że biorę się za siebie i swoje jesienne wieczory :)
Zakupiłam sobie wczoraj na urodziny wielki słoik witamin z wyciągiem z żeń-szenia i od dziś zaczynam nowe jesienne życie ...
Pogoda nie nastraja optymistycznie, właśnie dziś sobie postanowiła, że brak nam nieco wody i chłodu, ale nie dam się zniechęcić tak łatwo. Przynajmniej tak sobie zakładam...

No to do dzieła! Pokochajmy jesienne wieczory!
Czego i Wam życzę ...
:)

6.9.08

Przystanek siedemdziesiąty czwarty

Pojawienie się w naszej rodzinie Arona pozwoliło nam odkryć po prawie dwóch latach mieszkania tutaj, że nasza okolica pełna jest pięknych lasów ...

Parę fotek z psiego odkrywania świata:






Jednakże, odkrywanie świata bywa baaardzo męczące...


Wręcz się nie chce wracać do domu ...




W nagrodę łyczek wody dla ochłody ...

.
,
A wieczorkiem psie spojrzenie głęboko w oczy:
fajny to był dzień ...
.
.

''

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu