29.12.09

Przystanek sto trzydziesty trzeci

Kolejne Boże Narodzenie za nami.

Kiedyś denerwowało mnie, że grudzień przemyka tak szybko, ledwie się zacznie, ledwo człowiek się rozejrzy, o Świętach pomyśli, a już nadchodzi styczeń. Dziś już umiem podejść do tego ze stoickim spokojem, ot po prostu wiem, że co roku tak jest i zawsze tak będzie.

Może to właśnie dzięki temu udaje mi się nie wpadać w przedświąteczny szał, a może też po prostu zwyczajnie nigdy nie mam na to czasu...

Tak sobie myślę, że w przyszłym roku może wezmę ze dwa wolne dni przed Świętami, po to żeby właśnie trochę pobiegać przedświątecznie i poszaleć, ale z drugiej strony, czy nie lepiej, tak jak teraz, zachować te dwa wolne dni na PO Świętach ?...Bo właśnie tak dobrze mi teraz, siedzę sobie w domu, porządnie się wysypiam, z dużą dozą tolerancji przyglądam się szalejącej za oknem zimie, ba, nawet chwilami mi się to podoba, szczególnie wieczorem, w czasie spacerów z Aronem, gdy wszystko dookoła wygląda jak w bajce...



Wiem, że już za parę dni pewnie zmienię zdanie, ale póki co, niech sobie będzie zimowo, a co mi tam.
Taka mnie zresztą refleksja naszła ostatnio, przy świątecznym oglądaniu głupiego filmiku z wspaniałą Meryll Streep i jeszcze wspanialszymi dawno nie słuchanymi piosenkami "Abby".
Nie pamiętam która z bohaterek powiedziała coś takiego, że wraz z upływem lat pogodziła się ze wszystkimi porami roku, jesieniami i zimami. I ja tak sobie myślę, że może powinnam już przestać tak pomstować na tę paskudną zimę?.. W końcu ona i tak jest i będzie co roku...
Hm, a może powinnam popracować trochę nad sobą i spróbować, o ile nie od razu pokochać zimę, to chociaż przestać tak strasznie jej nie znosić...
.
Choinkę mamy w tym roku wysoką, szkoda było ją ucinać, więc stoi w hallu przy schodach, niejako między piętrami. Przynajmniej raz nie trzeba się było męczyć z nakładaniem choinkowego czubka :)

Fotki choinki wychodzą mi wszystkie nieostre, więc tylko kawałek dla udokumentowania jej międzypiętrowości :)




Mikołaj, jak to Mikołaj, znowu w tym roku trochę poszalał, cała rodzina ma co poczytać i w co się ubrać, a ja dodatkowo jeszcze mam co pokręcić :)
.

Osoby wrażliwe pragnę uspokoić, że w naturze kolory są trochę bardziej przygaszone :)

Co prawda, jeszcze nie miałam kiedy spróbować kręcenia, ale już od pierwszego wejrzenia czuć niesamowitą różnicę w jakości. Miękka i piękna jest ta wełna. No i pasma są długie, zupełnie co innego niż to z czym miałam dotąd do czynienia. Jak coś ukręcę, to oczywiście nie omieszkam się pochwalić :)


I jeszcze piękną książkę dostałam, ostrzyłam sobie na nią zęby już od jakiegoś czasu, no i mam :


Fantastyczna! Polecam wszystkim którzy nie dość że lubią zwierzęta, to jeszcze chcą sobie o nich wiedzę uporządkować. A oprócz wielu naprawdę ciekawych informacji są tu też przepiękne zdjęcia. Warto zamówić sobie u jakiegoś sponsora ;) Ja tak zrobiłam i jestem zachwycona :)
Mój Mikołaj jest the best! ;)





8.12.09

Przystanek sto trzydziesty pierwszy

.
.
Szaliczek będzie więcej niż wzorzysty, i bardzo cieplutki :)




Zdjęcie wyszło dość kiepskie, próbowałam złapać trochę światła, ale dzień był tak ciemny, że nie było właściwie czego łapać...

Popróbowałam jeszcze sobie kręcenia z wełny merynosów i rzeczywiście czuć inną jakość. Łatwiej wyciąga się cienką niteczkę, nie rwie się tak łatwo, no i oczywiście w dotyku jest o wiele milsza ...
Takie coś mi się ukręciło, znowu z różowym, nic na to nie poradzę ;)

.




Aż żal, że tylko po parę deko sobie kupiłam tych merynosów, narobię sobie tych melanżowych wariackich włóczek po troszeczku i nie będzie wyjścia, będę musiała zrobić jakiś gobelinowy sweter, żeby je jakoś spożytkować ...
.
A tymczasem zamówiłam już sobie prezent od Mikołaja w Pradze, znowu co prawda po kawałku w różnych kolorach, ale tym razem trochę większe to będą kawałki :)
Jak zwykle nie mogłam się zdecydować, więc musiałam zamówić różnych kolorów po troszku.
Już się doczekać tej paczki nie mogę ...


29.11.09

Przystanek sto trzydziesty

Dziś dla odmiany przystanek biżutkowy, bo trochę się naprodukowałam to i się pochwalę, żebyście nie pomyśleli sobie, żem cała w sznurki wplątana :)

Wczoraj dopadło mnie natchnienie, zrobiłam sobie kilka rzeczy.
Oto komplecik z barwionej lawy i muszli. Tak mnie ostatnio jakoś na brudne róże i fiolety wzięło:



A jak fiolety, to również fioleciska ;)

Kupiłam niedawno takie sobie dość ostre fioleciki lepidolitowe, ładne nieobrabiane kamyki.
No i dodałam muszelkę szarą i oksydowane ciemne rureczki srebrne, coby ten fiolet zjadliwy trochę uspokoić. Tak wyszło:
.


Będę sobie jeszcze musiała dobrać (czyt. dokupić) coś na kolczyki, bo takieeego fioletu to nie mam wśród tych moich zapchanych pudełeczek...


A teraz komplet z korala, czerwony kolor też zawsze lubiłam.
Szczególnie jestem zadowolona z kolczyków, zresztą bransoletka też mi się podoba.
Jeszcze pewnie sobie machnę coś na szyję, ale to dopiero przy jakimś następnym ataku nachnienia.
'


A to komplecik mikołajkowy dla pewnej pani. Mam nadzieję że jej się spodoba.
.


I na koniec kolczyki dla Qd, o ile sie spodobają. Jeśli nie, to moje :)
.
.


Uff, trochę Was fotkami zasypałam.

Ale żebyście nie myśleli, że odstawiłam swój kołowrotek w ciemny kąt, pokażę jak wyszedł mój pierwszy moteczek:



W tej chwili właśnie drutuję z niego próbkę, która prawdopodobnie okaże się w końcu szalikiem, i będzie to naprawdę gruby cieplutki szalik, hehe ...
Jak się rozkręcę, to będzie i czapka, choć czapki naszam tylko w ostateczności.

Ładny był weekend, my znowu łaziliśmy po okolicznych lasach, i muszę przyznać że mimo tej nielubianej przeze mnie pory, las nie traci na uroku.
.
.



Dziś las był w kolorach sepii.

.
A po lesie fruwały szalone psy ...
.
.



23.11.09

Przystanek sto dwudziesty dziewiąty

.
.
A jednak udało się!
No nie powiem, trochę mnie to czasu i pracy kosztowało. Ale zmogłam dziada!
A oto i dowody:
.
.



.
.
No umówmy sie, wiem że nie jest to żaden ósmy cud świata, ale to pierwsza wyprzędziona przeze mnie wełenka :)

Bordowa już trochę cieńsza i ładniejsza niż szarości, na których trenowałam do oporu żeby wogóle się chciało skręcać, nawijać i ... n i e .. r w a ć!

Tak się zapaliłam do tematu, że zasnąć nie mogłam wczoraj, wyobrażałam sobie co z czym będę mieszać i jakie to fantastyczne włóczki spod mojej ręki wyjdą... Wariactwo kompletne!

No bo ja raczej nie będę przędła delikatnych cieniutkich moherków, mój ideał samodzielnie przedzonych włóczek jest bliższy temu:
.
.


.
Szalone, prawda? Więcej tego typu włóczek można sobie obejrzeć tutaj.
No co ja na to poradzę, że uwielbiam tego typu wariackie włóczki. Przez całe moje robótkowe życie marzyłam żeby móc sobie takich właśnie wariackich włóczek naprząść.
.
No to se wreszcie naprzędę :)
.










21.11.09

Przystanek sto dwudziesty ósmy

Mój piesek postanowił się uniezależnić od mamusinego pisania i założył własnego bloga :)
.
No, teraz dopiero się dowiemy co mu tam w główce siedzi...
Aż się boję ;P
.
Swoją drogą, często się zastanawiam o czym to Aron duma, kiedy tak leży sobie i spogląda na nas z zamyśloną miną. Bo że myśli, to nie ulega dla mnie wątpliwości...
.
.

Ja tymczasem nabyłam sobie garść wełnianej czesanki, żeby nauczyć się przędzenia na kołowrotku.




Póki co, nie mam się czym chwalić, chyba tylko tym że kołowrotek na szczęście okazał się być sprawny w 100%, wszystko już sobie sprawdziłam i przećwiczyłam, tyle że jakoś nie wychodzi mi jeszcze samo przędzenie ;-PP

Ta głupia czesanka wcale nie chce się zmieniać w nitkę, tylko się rwie natychmiast jak tylko zaczynam ...

Ehh, zazdroszczę Basi-Fanaberii praskiego kursu przędzenia, ciekawe czy u nas kiedyś, gdzieś, ktoś ... No w każdym razie nie zamierzam łatwo rezygnować, może po prostu to, co zakupiłam na allegro, nadaje się tylko do filcowania a nie do przędzenia?

Jest oczywiście i na to sposób, nazywa się e-bay.co.uk, jest tam pełno czesanek specjalnie do przędzenia przygotowanych, pewnie nie wytrzymam i nabędę. Ale póki co, jeszcze trochę poduszę to co mam.
W razie co, przecież filcować też się chętnie nauczę, hihi...
.
.

Byliśmy dziś na pięknym leśnym spacerze, mamy tych lasów koło siebie tyle, że jest w czym wybierać w weekendy, mimo że mieszkamy przecież tak blisko Warszawy.
.












No i ja właśnie o tych lasach. Niech mi kto powie, dlaczego ludzie tak strasznie w lasach śmiecą??? Jestem tym zszokowana, to dla mnie niepojęte zupełnie. Nie da się przejść lasem żeby nie natknąć się na ślady człowieka: butelki, puszki, papiery, a czasem wręcz torby pełne śmieci...
Być może, niestety, jest to specyfika lasów podmiejskich, ale dla mnie i tak dalej zjawisko niewytłumaczalne.

Nie wiem, czy ja jestem z kosmosu, czy jak?... Nigdy bym nie wyrzuciła butelki, czy nawet papierka po kanapce w lesie. I wiem że moje dzieci też by tak nie postąpiły, mimo że nie pamiętam, żebym im kiedykolwiek wykłady na ten temat robiła. No więc nich mi kto powie, dlaczego taka masa ludzi w taki sposób postępuje? Dlaczego nie mają żadnego szacunku do przyrody, dlaczego nie potrafią docenić uroku nie zanieczyszczonego lasu?! I na co komu te wszystkie dumnie zwane szkolne lekcje ekologii, wielkie akcje sprzątania świata, skoro z własnego domu dzieciaki nie wynoszą miłości i szacunku do otaczającego nas środowiska.

Ehh, rozgadałam się strasznie, wiem, ale za każdym razem kiedy widzę te ślady ludzkiej głupoty, to aż mnie trzęsie. My, ludzie, wszystko co mamy to zmarnujemy. Niestety.



15.11.09

Przystanek sto dwudziesty siódmy


Muszę się zmobilizować i coś wreszcie napisać na przystanku, bo co poniektórzy się ze mnie naśmiewają , że wyróżnieniem się tak bardzo chwalę że mi go szkoda niżej opuścić i dlatego tak długo nic nie powiesiłam nowego ;)

No po tym co Skrzacik o optymizmie wiejącym z przystanku napisał, to naprawdę ciężko się zastanawiam jak tu podołać wyzwaniu i przestać na te jesień paskudną klapouszyć ...

Może po prostu zastosuję myślenie Synka mojego, który w celu pocieszenia zgęsiałej tą porą roku mamusi, udowodnił mi w sposób klarowny i oczywisty że połowę listopada możemy w zasadzie traktować jako zbliżający się wielkimi krokami koniec jesieni, jednej z tych dwu pór roku których tak bardzo nie lubię... Czyli że połowa już prawie za nami! Jednym słowem: już coraz bliżej do wiosny! Brzmi fajnie, czyż nie ?

Grudzień zresztą pryśnie tak szybko jak szybko się zacznie, a to za sprawą przygotowań światecznych. Potem już tylko przetrzymać styczeń, luty będzie krótki a w marcu już nic wiosny nie zatrzyma...

Czyli że Synek ma całkowitą racje :)

Na dowód tego, że wiosna blisko, pokażę jak pięknie cały czas kwitnie euphorbia milli, czyli wilczomlecz lśniący, która co prawda trwa w tym stanie przez okrągły rok, nie wiem doprawdy jak to możliwe, ale nie przeszkadza to wcale temu, że dzięki tym małym czerwonym kwiatkom łatwiej mi znieść deszczowoszarojesienny widok za oknem...



Nie piszę nic ostatnio o robótkach, bo i nie ma o czym.

Mój kolorowy paseczkowy blezerek "robi się" co prawda, ale tempo przybierania na długości jest znikome, bo łapska nie pozwalają mi na przedłubanie więcej niż kilku rzędów na wieczór.
Pociesza mnie jedynie fakt, że te parę rzędów przybywa jednocześnie i z przodu i z tyłu, hehe, bo mam przecież na drutach prawie trzysta oczek, wielka szkoda że nie mogłam się podłączych jeszcze z rękawami ;)


O tak to mniej więcej wygląda, paseczków jest dużo, kolorów też dużo, ciekawe tylko czy nie będę w nim wyglądała jak wielka pszczółka Maja ... ;-)

Tym razem przynajmniej nie zabraknie mi włóczki, bo kolorowych bawełenek mam całe mnóstwo, więc mam dużą nadzieję na prawdziwie długi sweter z nieprzykrótkimi rękawami.

Inne robótki leżą i kwiczą, czasem tylko wydłubię jakieś nowe biżutki. Ostatnio wreszcie wywiązałam się zamówienia dla sekutnicy (małą literą, małą literą), która bardzo cierpliwie czeka od wiosny na swój naszyjniczek. Co prawda dalej czeka, bo on jeszcze u mnie leży, ale myślę że mogę fotką ją trochę zanęcić do spotkania, co nie? :)


Sobie też cośtam wydłubałam, ale powieszę w następny weekend, bo nie zdążyłam złapać światła dziennego do fotek.
No i znów niedzielne szare popołudnie, za oknem deszczowo i smętnie, ale żeby było trochę tego optymistycznego tonu, to nadmienię że w piecyku dochodzi właśnie lazania, następne z uwielbianych w mojej rodzinie dań. Z pewnością poprawi jesienne nastroje wszystkich łakomczuchów ...





A ja sobie siedzę przy moim kompiku, zaraz będę przeglądać co tam u Was nowego na blogach słychać. A na koniec Aronkowa słodka minka, prosto z podusi i krainy psich snów ...


5.11.09

Przystanek sto dwudziesty szósty

.
.
.

Przystanek będzie dziś ekspressowy, wstąpiłam tu tylko po to, żeby podziękować kochanemu Skrzacikowi :) Zupełnie nie zasługuję na żadne wyróżnienia, ale miło mi bardzo!

31.10.09

Przystanek sto dwudziesty piąty

Wszędzie tylko jesień i jesień.

Może i kiedyś ją lubiłam, bo taka ładna, bo kolorowa i romantyczna. A teraz nie lubię i tyle.

No i owszem, przyznaję, że kolorów ma co niemiara, i w dodatku one wszystkie z gatunku "moich". Brązy złociste, rudości płomienne, przygaszone zielenie. Cóż, kiedy bez słońca tych kolorów prawie nie widać, a słońca ostatnio jak na lekarstwo. Zimny wiatr je zaraz potarga, deszcz rozmyje, a na koniec przyjdzie mróz, wszystko zeszkli i przemrozi.

I tyle z nich zostanie...

Kolorowe ozdobne dynie ładnie się prezentują w domu na stole. Apetyczne, aż by się schrupać chciało.



W tym roku urodzaj na nie mamy wielki, niektóre nawet na drzewach nam urosły...


Jedyne które nie dopisały, to te, na których najbardziej mi zależało, czyli dynie masłowe od siostry mej bliźniaczki. Nasionka wykiełkowały ładnie i nawet urosły, ale rosły bardzo powoli. Nawet zakwitły, ale w chwili kiedy miały zawiązać owoce to się nagle wzięły i rozmyśliły. Szkoda, bo już sobie zęby na nie ostrzyłam. W kwestii dyń zielona jestem całkowicie, znaczy nie znam się na nich zupełnie, a ochotę mam wielką się poznać.
..
Dawno temu, przytargawszy, też zresztą od bliźniaczki mej, podarowaną połówkę dyni - ot takiej zwykłej pomarańczowej, wykonałam z niej placuszki oraz jakąś bliżej nieokreśloną zupę, która w pamięci nam się nie zapisała, więc chyba nie warta była wspomnień.
.
A chętka pozostaje. Ilekroć w sklepie widzę takie apetyczne pomarańczowe ogromniaste głowy, mam na nie chrapkę, ale jakos śmiałości braknie i ... nie kupuję.
.
Ostatnio na blogach kulinarnych festiwal dyń zapanował, nie powiem, kusi i mnie. No nie wiem, może i skusi. Chyba że po Halloween okaże się że wszystkie już mają oczy i buzie i nic w sklepach nie zostało...
.
Rozgadałam się trochę, a miało być nie o tym.
.
Miało być o jesieni i o tym jak ją sobie umilam na różne sposoby.
.
Pierwszy mój sposób na jesienne przemęczenie i deprechy, choć niestety nietrwały i przelotny, to wziąć sobie ostatni zachomikowany tydzień urlopu ...
.
Oj, jak to pomaga!
.
Co prawda urlop ten był niezwykle pracowity, odwaliliśmy duży kawał ogrodowej jesiennej roboty, a trochę tego było. Ale i tak czuję się naprawdę wypoczęta.
.
Najlepszym tego dowodem jest fakt że poczułam znowu pociąg do kuchni, co ostatnio zdarza mi się niezwykle rzadko.
.
Ostatnim mym wyczynem jest przepyszna tarta z gruszkami, wypatrzona na kulinarnym blogu Kass. Okazała się niezwykle łatwa i, co najważniejsze, wyszła naprawdę pyszna. Dziś właśnie jestem w trakcie robienia powtórki, tym razem w rozmiarze XXL, bo naszej rodzince tarta upieczona w standardowej formie do tarty nie wystarcza nawet na jedno porządne posiedzenie ...
.
W kuchennym szale porwałam się również na bułeczki z Hotelu Parker House w Bostonie, których pierwszą porcję nieco przypaliłam (ale i tak zostały schrupane z pomrukami zadowolenia), ale druga wyszła mi już prawie tak samo ładnie jak na fotkach u Kass. No i pyszne były. Proszę o wybaczenie że nie ma fotek, pomyślałam o tym za późno, kiedy te najładniejsze zostały już pochłonięte. Musicie mi wierzyć na słowo :)
.
A wczoraj pół dnia spędziłam przy parzeniu i zdejmowaniu liści kapusty, czynności której normalnie nie cierpię i dlatego też gołąbków domowej produkcji moja rodzina nie jadła od lat kilku. Okazało się jednak że urlopowego dobrego nastroju wystarczyło mi i na gołąbki. Mmmmm... gołąbki... W naszym domu potrawa kultowa, oboje z mężusiem po prostu je uwielbiamy. Muszą być koniecznie z mięsem i ryżem a tajemnicą ich smaku jest tona pieprzu ziołowego którą dosypuję do farszu.
.
No to siedzimy dziś i się opychamy. Ehhh, nie ma jak urlop ...
.
No ale ja nie o tym chciałam. Miało być o sposobach na jesienną chandrę.
.
Jak wszystkim kobietom wiadomo, na chandrę nie ma jak malutkie zakupy...
No więc upatrzyłam sobie wreszcie i kupiłam mój wymarzony od lat kołowrotek!
Ta - dam ...




.
Nawet Aronek wyszedł spojrzeć na drewniane cudo z którym jego pani biegała po ogródku...



Co prawda w końcu nie udało mu się bliżej zapoznać z patykami, ale sami przyznacie
że kształt mają nęcący...
.
Ale się cieszę! Od dłuższego czasu marzyłam żeby spróbować swych sił i pobawić się w prząśniczkę. Największym wyzwaniem byłoby oczywiście przerobienie na wełnę puchatego podszerstka Aronka, którego pełne garście zbieram przy każdym czesaniu. No ale umówmy się, że na początek spróbuję po prostu coś upleść z wełnianej czesanki, którą można zakupić już na szczęście i w Polsce. Zobaczymy czy i co mi z tego wyjdzie... No, nie mówiąc już nic na temat tego k i e d y ... ;-PPP
.
Kołowrotek nie dość że ładny, jest także zupełnie sprawny, pewnie cośtam się jeszcze powinno wyregulować z naciągiem, już ja sobie to przestudiuję, na szczęście w necie jest trochę materiałów na ten temat.
.
Każdemu by chandra przeszła, conie ? ;-PPP
.
A jakby było mało, wypatrzyłam sobie jeszcze drugi prezent:
.

.
Jako dziewczynka zawsze marzyłam o pracy w bibliotece. I nawet mi się to udało, przez kilka lat
byłam panią bibliotekarką. Zamiłowanie do małych szufladek zostało mi do dziś...
.
Wyszperałam na allegro szafeczkę przerobioną z bibliotecznego katalogu, za jedyne 35 złotych!
Nie zastanawiałam się ani chwili, choć nie było żadnego zdjęcia, pomyślałam że za te pieniądze nawet szafka w kiepskim stanie będzie dobrym zakupem.
.
Okazała się być w bardzo dobrym stanie: szufladki mają dorobione dna, trzeba jedynie odkleić parę etykiet i odnowić górę szafki, dość podniszczoną. Ale od czego mam polerkę, spokojnie dam sobie z tym radę.
.
Powiem szczerze, aż w za dobrym stanie jest ta szafka! Spodziewałam się surowego drewna, mam mebel fornirowany, za fornirem tego typu nie przepadam, więc nie wiem czym to się skończy, może pobawię się w malowanie ?...
.
No i te dwadzieścia szufladek, czekających aż je zapełnię ... Mmmm, co za rozkosz! ...
(Dzieci pytają co ja tam powkładam, sama jeszcze dokładnie nie wiem, ale nie sądzę żebym miała z tym jakiś szczególnie wielki problem :)
.
No i sami widzicie, każdy radzi sobie z jesienią tak jak umie :)




13.10.09

Przystanek sto dwudziesty czwarty

Niniejszym odwołuję wszystko co powiedziałam na temat jesieni w poprzednim przystanku!
Jest mokra, zimna, ciemna i paskudna.
Powiem otwarcie: nie znoszę jesieni i nie cierpię zimy.
Szkoda że nie mogę sobie gdzieś na te pół roku jakiegoś zastępczego lokum zapewnić, gdzieś tam hen, w klimacie umiarkowanym, a nawet i w tropikalnym, a co mi tam...


Tymczasem musieliśmy dziś wieczorem dokonać ekspresowej ewakuacji roślin z tarasu, bo zagroziło przymrozkami i wcale się nie zdziwię jeśli jutro z tego lodowatego powietrza jakiś lodzik na ulicy zabłyska rano...

No, to samo się właściwie nawiązało do tematu roślinkowego (choć podobno samo to tylko grzmi i samo się błyska ...), nie mam wyjścia, m u s z ę znowu coś tu pokazać... ;-)

Taras mamy wielki i choć jeszcze cały czas nie wykończony, poprzedni właściciele pokryli go papą i tak na razie zostało, to i tak jest źródłem mojej ogromnej radości wiosną i latem.

Mogę sobie na nim nastawiać roślin do woli, a jeszcze drugie tyle się zmieści.

Zawsze o takim marzyłam, i choć ten wymarzony taras troszkę inaczej wygląda, ma piękne drewniane zadaszenie, trejaże pod pnącza, kamienną podłogę i są na nim ustawione wygodne fotele, to i tak mój lubię bardzo!


A oto jak wyglądał nasz taras jeszcze kilka tygodni temu:






Wiem, wiem, jesteśmy zdrowo kopnięci, mamy tych roślin strasznie dużo, ale jakoś póki co nie zanosi się żebyśmy się mieli opamiętać... ;P

Część z nich to oczywiście rośliny pokojowe, jak chociażby kaktusy i inne sukulenty, które wystawiamy żeby sobie łyknęły przez wiosnę i lato trochę słońca i świeżego powietrza.

Kaktusów zresztą na tych zdjęciach prawie nie ma, bo większość stoi po drugiej stronie tarasu ;P

No a z tą całą resztą to tylko kłopot przed zimą, bo część musi być zimowana w chłodnych warunkach a większość wymaga zadołowania w ogrodzie, coby im korzenie nie przemarzły...

No ale póki co jakoś sobie radę dajemy, w tym roku będziemy kombinować jak by tu opatulić większe donice, żeby nie trzeba było tego wszystkiego znosić i zakopywać!...Hehee, wariactwo, nie ? ;PP

Na szczęście, choć w niektórych sprawach myślmy z moim Szanownym Mężusiem nieco inaczej, w sprawie przeróżnych fijołów patrzymy na świat zupełnie tak samo. Znaczy, ulegamy im jednakowo i po same uszy :D

No, może nie dotyczy to moich fijołów robótkowych, no i bardzo dobrze, w końcu ja też nie podzielam pasji futbolowych co poniektórych ;)

Ale ja przecież nie o tym...

Chciałam dziś Wam pokazać jedno z naszych odkryć tegorocznych, roślinę dość niepozorną, właściwie kupioną przypadkiem, na wołomińskim targu którejś wiosennej soboty.

A na imię jej lantana.




Na tym zdjęciu wśród innych roślin nie wygląda zbyt ciekawie, ale wystarczy przyjrzeć się z bliska jej kwiatom. Są niesamowite!

Nie dość że kwitnie bez przerwy od maja, to jeszcze zobaczcie sobie jak pięknie:



Raz są pomarańczowe, później dwukolorowe, a na koniec całkiem zółte.
I tak caly czas się ta roślina przebiera w coraz to inne szatki :







Lantana pochodzi z krajów tropikalnych, więc będzie dla mnie ogromnym wyzwaniem próba przechowania jej przez zimę. Podobno się to udaje, ale ja jakoś niestety nie posiadam dużych talentów w tym względzie...
No zobaczymy. Roślina dziś zajęła swoje zimowe stanowisko, na oknie w garażu, razem z agapantami, oliwką, oleandrem i hebe, no i od dziś czekamy razem ...
byle do wiosny ... ;-PP




Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu