5.9.09

Przystanek sto dwudziesty

Coś mnie ostatnio troche zamurowało, przyznaję bez bicia. Nie wiem czemu, ot tak po prostu. Zdarza mi się czasem. A to mnie zamuruje robótkowo, a to kulinarnie, a to blogowo, nagle mnie nachodzi takie nieróbstwo i już. I nie pomogą życzliwe uwagi Mojej Najlepszej Przyjaciółki w stylu: "Wiesz, zaglądałam ostatnio na przystanek i nic tam nowego nie ma" ... Phi, tak jabym sama o tym nie wiedziała... ;-PPP

No nic, czas najwyższy zabrać się znów do roboty.

Jednym z powodów dla których postanowiłam sie wreszcie ruszyć i coś tu skrobnąć jest to, że patrzeć już nie mogę na to swoje zdjęcie z leżaczkiem... I nie tylko dlatego, że o wakacjach już dawno zapomniałam, szkolno-pracowo-dojazdowy kieracik ruszył pełną parą i znowu sobie musiałam przypomnieć jak wygląda świat o godzinie 5.15 (wcale nie wygląda!) ;-PPP

Pogoda dziś za oknem mocno jesienna, leje i wieje od rana, siedzę ubrana w ciepłe skarpety i owinięta ciepłą chustą, jak za "dobrych" zimowych czasów, brrrr...

Na przekór więc pogodzie, pokażę Wam jakiegoś ładnego kwiatka z mojego ogródka, póki jeszcze w ogóle jest co pokazywać...

O, na przykład powód do mojego ogrodniczego szczęścia: w tym roku po raz pierwszy zakwitł mi na płocie milin amerykański. I co prawda nie sa to jeszcze "kwitnące żywe czerwone zasłony", jak zachęcająco reklamują je sprzedawcy na Allegro, ale kwiaty są naprawdę piękne. Mój milin ma dopiero trzy lata i zakwitły chyba tylko trzy czy cztery kwiaty, ale mam nadzieję że za rok będzie ich więcej...




Jeśli jakiegoś uważnego obserwatora zdziwił nieco kształt liści mojego milina, to spieszę wyjaśnić, że nie mogąc doczekać się kiedy wreszcie się on rozrośnie i zasłoni nas trochę od ulicy, w ubiegłym roku dosadziłam do niego kilka gałązek winobluszczu...
Hehe, teraz mam prawdziwie podwójny parawanik :)
Nie mam tylko pojęcia co z tego mariażu wyniknie za lat kilka :)

A tu jeszcze jeden kwiat, którym po prostu nacieszyć się nie mogę: zawilec japoński. Nie dlatego się tak cieszę, żeby był jakiś szczególnie rzadki, ale dlatego że pojawił się u mnie jakoś tak ... niespodziewanie... ;)

To oczywiście wina mojej sklerozy, na pewno posadziłam go osobiście w zeszłym roku razem z innymi wysępionymi od Cioci Hani roślinami. Tylko tak jakoś zupełnie o tym zapomniałam...

Szczęście że z zasady nie wyrywam ładnie wyglądających "chyba-chwastów" zanim nie pokażą jakie mają kwiatki! Czasem to naprawdę się opłaca :)






Ostatnio zresztą zakwitł mi ślicznie jeszcze jeden "chyba-chwast", tym razem naprawdę nie mam pojęcia skąd się u mnie wziął, tym bardziej że ten akurat kawałeczek grządki uprawiam dopiero od tej wiosny i na pewno nic tam nie dosadzałam ...

Szanowny Małżonek co prawda podejrzewa w głębi duszy, że jest to efekt jakiejś mojej potajemnej wizyty w centrum ogrodniczym, ale ja myślę że musiało coś się samo wysiać i tyle.
A całkiem ładne się wysiało :)




Żeby na koniec trochę odpocząć od kwiatków, fotka zadowolonej minki Aronka, na naszym ostatnim letnim spacerze po lesie. Eh, pięknie było i ciepło...
Życie jest piękne!




Znudzonym dzisiejszą ogrodniczą tematyką mojego przystanku obiecuję solennie, że w następnej notce nie będzie ani jednego kwiatka. Pokażę natomiast efekty moich zmagań ze stołkiem, znaczy tym... no... stolikiem kawowym, nad którym ślęczę sobie od czasu do czasu i właściwie do końca nie wiem co z niego będzie... ;)

4 komentarze:

  1. No nareszcie wiem jak nazywa sie pnacze które ostatni mi sie spodobało-uwielbiam podpatrywac ogródki w czasie jazdy.Tylko pytanie gdzie ja to posadze? Ale dzięki za nazwe.Pozdrawiam-Iwona www.robotkiprzykawie.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. No brawo, brawo :) Bardzo się cieszę, że może Cię odmurowało. A milin ostatnio widziałam koło pracy mego mężusia. Tak mnie oczarował, że aż wysiadłam z samochodu i podeszłam. Cudo. Aron ma minkę boską i fryzurę jakaś taką rozwianą wiatrem. Ale on ma z Wami dobrze. I Wy z nim chyba też, co?

    OdpowiedzUsuń
  3. Zawilec pochodzi z Pszczyny, tak dla przypomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hehe, sama widzisz, mnie trzeba dawac prezenty z tabliczkami :)

    OdpowiedzUsuń

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu