Przystanek sto dwudziesty piąty

Wszędzie tylko jesień i jesień.

Może i kiedyś ją lubiłam, bo taka ładna, bo kolorowa i romantyczna. A teraz nie lubię i tyle.

No i owszem, przyznaję, że kolorów ma co niemiara, i w dodatku one wszystkie z gatunku "moich". Brązy złociste, rudości płomienne, przygaszone zielenie. Cóż, kiedy bez słońca tych kolorów prawie nie widać, a słońca ostatnio jak na lekarstwo. Zimny wiatr je zaraz potarga, deszcz rozmyje, a na koniec przyjdzie mróz, wszystko zeszkli i przemrozi.

I tyle z nich zostanie...

Kolorowe ozdobne dynie ładnie się prezentują w domu na stole. Apetyczne, aż by się schrupać chciało.



W tym roku urodzaj na nie mamy wielki, niektóre nawet na drzewach nam urosły...


Jedyne które nie dopisały, to te, na których najbardziej mi zależało, czyli dynie masłowe od siostry mej bliźniaczki. Nasionka wykiełkowały ładnie i nawet urosły, ale rosły bardzo powoli. Nawet zakwitły, ale w chwili kiedy miały zawiązać owoce to się nagle wzięły i rozmyśliły. Szkoda, bo już sobie zęby na nie ostrzyłam. W kwestii dyń zielona jestem całkowicie, znaczy nie znam się na nich zupełnie, a ochotę mam wielką się poznać.
..
Dawno temu, przytargawszy, też zresztą od bliźniaczki mej, podarowaną połówkę dyni - ot takiej zwykłej pomarańczowej, wykonałam z niej placuszki oraz jakąś bliżej nieokreśloną zupę, która w pamięci nam się nie zapisała, więc chyba nie warta była wspomnień.
.
A chętka pozostaje. Ilekroć w sklepie widzę takie apetyczne pomarańczowe ogromniaste głowy, mam na nie chrapkę, ale jakos śmiałości braknie i ... nie kupuję.
.
Ostatnio na blogach kulinarnych festiwal dyń zapanował, nie powiem, kusi i mnie. No nie wiem, może i skusi. Chyba że po Halloween okaże się że wszystkie już mają oczy i buzie i nic w sklepach nie zostało...
.
Rozgadałam się trochę, a miało być nie o tym.
.
Miało być o jesieni i o tym jak ją sobie umilam na różne sposoby.
.
Pierwszy mój sposób na jesienne przemęczenie i deprechy, choć niestety nietrwały i przelotny, to wziąć sobie ostatni zachomikowany tydzień urlopu ...
.
Oj, jak to pomaga!
.
Co prawda urlop ten był niezwykle pracowity, odwaliliśmy duży kawał ogrodowej jesiennej roboty, a trochę tego było. Ale i tak czuję się naprawdę wypoczęta.
.
Najlepszym tego dowodem jest fakt że poczułam znowu pociąg do kuchni, co ostatnio zdarza mi się niezwykle rzadko.
.
Ostatnim mym wyczynem jest przepyszna tarta z gruszkami, wypatrzona na kulinarnym blogu Kass. Okazała się niezwykle łatwa i, co najważniejsze, wyszła naprawdę pyszna. Dziś właśnie jestem w trakcie robienia powtórki, tym razem w rozmiarze XXL, bo naszej rodzince tarta upieczona w standardowej formie do tarty nie wystarcza nawet na jedno porządne posiedzenie ...
.
W kuchennym szale porwałam się również na bułeczki z Hotelu Parker House w Bostonie, których pierwszą porcję nieco przypaliłam (ale i tak zostały schrupane z pomrukami zadowolenia), ale druga wyszła mi już prawie tak samo ładnie jak na fotkach u Kass. No i pyszne były. Proszę o wybaczenie że nie ma fotek, pomyślałam o tym za późno, kiedy te najładniejsze zostały już pochłonięte. Musicie mi wierzyć na słowo :)
.
A wczoraj pół dnia spędziłam przy parzeniu i zdejmowaniu liści kapusty, czynności której normalnie nie cierpię i dlatego też gołąbków domowej produkcji moja rodzina nie jadła od lat kilku. Okazało się jednak że urlopowego dobrego nastroju wystarczyło mi i na gołąbki. Mmmmm... gołąbki... W naszym domu potrawa kultowa, oboje z mężusiem po prostu je uwielbiamy. Muszą być koniecznie z mięsem i ryżem a tajemnicą ich smaku jest tona pieprzu ziołowego którą dosypuję do farszu.
.
No to siedzimy dziś i się opychamy. Ehhh, nie ma jak urlop ...
.
No ale ja nie o tym chciałam. Miało być o sposobach na jesienną chandrę.
.
Jak wszystkim kobietom wiadomo, na chandrę nie ma jak malutkie zakupy...
No więc upatrzyłam sobie wreszcie i kupiłam mój wymarzony od lat kołowrotek!
Ta - dam ...




.
Nawet Aronek wyszedł spojrzeć na drewniane cudo z którym jego pani biegała po ogródku...



Co prawda w końcu nie udało mu się bliżej zapoznać z patykami, ale sami przyznacie
że kształt mają nęcący...
.
Ale się cieszę! Od dłuższego czasu marzyłam żeby spróbować swych sił i pobawić się w prząśniczkę. Największym wyzwaniem byłoby oczywiście przerobienie na wełnę puchatego podszerstka Aronka, którego pełne garście zbieram przy każdym czesaniu. No ale umówmy się, że na początek spróbuję po prostu coś upleść z wełnianej czesanki, którą można zakupić już na szczęście i w Polsce. Zobaczymy czy i co mi z tego wyjdzie... No, nie mówiąc już nic na temat tego k i e d y ... ;-PPP
.
Kołowrotek nie dość że ładny, jest także zupełnie sprawny, pewnie cośtam się jeszcze powinno wyregulować z naciągiem, już ja sobie to przestudiuję, na szczęście w necie jest trochę materiałów na ten temat.
.
Każdemu by chandra przeszła, conie ? ;-PPP
.
A jakby było mało, wypatrzyłam sobie jeszcze drugi prezent:
.

.
Jako dziewczynka zawsze marzyłam o pracy w bibliotece. I nawet mi się to udało, przez kilka lat
byłam panią bibliotekarką. Zamiłowanie do małych szufladek zostało mi do dziś...
.
Wyszperałam na allegro szafeczkę przerobioną z bibliotecznego katalogu, za jedyne 35 złotych!
Nie zastanawiałam się ani chwili, choć nie było żadnego zdjęcia, pomyślałam że za te pieniądze nawet szafka w kiepskim stanie będzie dobrym zakupem.
.
Okazała się być w bardzo dobrym stanie: szufladki mają dorobione dna, trzeba jedynie odkleić parę etykiet i odnowić górę szafki, dość podniszczoną. Ale od czego mam polerkę, spokojnie dam sobie z tym radę.
.
Powiem szczerze, aż w za dobrym stanie jest ta szafka! Spodziewałam się surowego drewna, mam mebel fornirowany, za fornirem tego typu nie przepadam, więc nie wiem czym to się skończy, może pobawię się w malowanie ?...
.
No i te dwadzieścia szufladek, czekających aż je zapełnię ... Mmmm, co za rozkosz! ...
(Dzieci pytają co ja tam powkładam, sama jeszcze dokładnie nie wiem, ale nie sądzę żebym miała z tym jakiś szczególnie wielki problem :)
.
No i sami widzicie, każdy radzi sobie z jesienią tak jak umie :)




Komentarze

  1. fajna ta szafeczka, na wloczki chyba jednak za mala, na koraliki pewnie bedzie ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Dynie, te, co zdechla jadam bardzo czesto, wiec nasion nazbieram, moze ja posiej w domu???
    Czy kolowrotek w komplecie mial rowniez wanne czasu?
    Szafka - super, super!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wanne widzialam ostatnio na allegro, co prawda nie bylo napisane ze pelna czasu, ale tak mi jakos wygladala ...
    Moze se dokupie ?

    OdpowiedzUsuń
  4. Też mi się marzy taka szafeczka, poupychałabym w szufladeczki tasiemki, koronki, nitki... *^v^*
    Kołowrotka zazdroszczę, ja mam tylko takie małe ręczne wrzeciono, ale nie udało mi się go jeszcze opanować. (no, nie przykładałam się za bardzo... ^^") Czekam na pierwsze próby przędzenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Długie listopadowe wieczory u kołowrotka z pieśnią na ustach :
    U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki,
    przędą sobie przędą jedwabne niteczki.
    Kręć się kręć wrzeciono! Wić się tobie wić!
    Ta pamięta lepiej, której dłuższa nić.
    powodzenia :):)

    OdpowiedzUsuń
  6. Rrrrrraju,jak Ty ta szafke wyszperalas!!! To jest przeciez idealna szafka na Przydasie :-))) B

    OdpowiedzUsuń
  7. Szafka na przydasie :) Piekna nazwa! I tak sie bedzie nazywala :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jej jak ja zazdroszcze Ci tych zakupów-sama nie wiem ktorego bardziej
    pozdrawiam-iwona www.robotkiprzykawie.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Szafeczka cudo absolutne! Dyniowo szaleje i ja, wymyslam i wymyslam - ratuj sie kto moze.Cala zabwa w tym, zeby dyni nie rozpackac, nie lubimy pulpy w zadnym wydaniu. I udalo sie!
    Szczegóły musze spisac i pewnie opublikuje, a co.

    OdpowiedzUsuń
  10. szafeczka jest genialna, koloworotek tez, ale na szczescie nie ciagnie mnie do przedzenia. za to szafeczka...
    nawet miejsce na nia bym znalazla w mojej klitce.
    gratuluje udanych zakupow. prosze wyglaskac aaronka bo jest cudny jak zawsze.

    skrzacik

    OdpowiedzUsuń
  11. zapraszam po wyroznienie :))

    skrzacik

    OdpowiedzUsuń
  12. Jakie masz cuda!!! Ja kołowrotek też chce, ale póki co wpraszam się na przędzenie :) Prząśniczki będą :) A dynie ostatnio kupiłam zupełnie przypadkową, ładnie pomarańczową, po rozkrojeniu pachniała melonem. U mnie na wsi nikt mi nie umiał powiedzieć, co to za dynia.Dynia to dynia i już.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz