Przystanek sto dwudziesty siódmy


Muszę się zmobilizować i coś wreszcie napisać na przystanku, bo co poniektórzy się ze mnie naśmiewają , że wyróżnieniem się tak bardzo chwalę że mi go szkoda niżej opuścić i dlatego tak długo nic nie powiesiłam nowego ;)

No po tym co Skrzacik o optymizmie wiejącym z przystanku napisał, to naprawdę ciężko się zastanawiam jak tu podołać wyzwaniu i przestać na te jesień paskudną klapouszyć ...

Może po prostu zastosuję myślenie Synka mojego, który w celu pocieszenia zgęsiałej tą porą roku mamusi, udowodnił mi w sposób klarowny i oczywisty że połowę listopada możemy w zasadzie traktować jako zbliżający się wielkimi krokami koniec jesieni, jednej z tych dwu pór roku których tak bardzo nie lubię... Czyli że połowa już prawie za nami! Jednym słowem: już coraz bliżej do wiosny! Brzmi fajnie, czyż nie ?

Grudzień zresztą pryśnie tak szybko jak szybko się zacznie, a to za sprawą przygotowań światecznych. Potem już tylko przetrzymać styczeń, luty będzie krótki a w marcu już nic wiosny nie zatrzyma...

Czyli że Synek ma całkowitą racje :)

Na dowód tego, że wiosna blisko, pokażę jak pięknie cały czas kwitnie euphorbia milli, czyli wilczomlecz lśniący, która co prawda trwa w tym stanie przez okrągły rok, nie wiem doprawdy jak to możliwe, ale nie przeszkadza to wcale temu, że dzięki tym małym czerwonym kwiatkom łatwiej mi znieść deszczowoszarojesienny widok za oknem...



Nie piszę nic ostatnio o robótkach, bo i nie ma o czym.

Mój kolorowy paseczkowy blezerek "robi się" co prawda, ale tempo przybierania na długości jest znikome, bo łapska nie pozwalają mi na przedłubanie więcej niż kilku rzędów na wieczór.
Pociesza mnie jedynie fakt, że te parę rzędów przybywa jednocześnie i z przodu i z tyłu, hehe, bo mam przecież na drutach prawie trzysta oczek, wielka szkoda że nie mogłam się podłączych jeszcze z rękawami ;)


O tak to mniej więcej wygląda, paseczków jest dużo, kolorów też dużo, ciekawe tylko czy nie będę w nim wyglądała jak wielka pszczółka Maja ... ;-)

Tym razem przynajmniej nie zabraknie mi włóczki, bo kolorowych bawełenek mam całe mnóstwo, więc mam dużą nadzieję na prawdziwie długi sweter z nieprzykrótkimi rękawami.

Inne robótki leżą i kwiczą, czasem tylko wydłubię jakieś nowe biżutki. Ostatnio wreszcie wywiązałam się zamówienia dla sekutnicy (małą literą, małą literą), która bardzo cierpliwie czeka od wiosny na swój naszyjniczek. Co prawda dalej czeka, bo on jeszcze u mnie leży, ale myślę że mogę fotką ją trochę zanęcić do spotkania, co nie? :)


Sobie też cośtam wydłubałam, ale powieszę w następny weekend, bo nie zdążyłam złapać światła dziennego do fotek.
No i znów niedzielne szare popołudnie, za oknem deszczowo i smętnie, ale żeby było trochę tego optymistycznego tonu, to nadmienię że w piecyku dochodzi właśnie lazania, następne z uwielbianych w mojej rodzinie dań. Z pewnością poprawi jesienne nastroje wszystkich łakomczuchów ...





A ja sobie siedzę przy moim kompiku, zaraz będę przeglądać co tam u Was nowego na blogach słychać. A na koniec Aronkowa słodka minka, prosto z podusi i krainy psich snów ...


Komentarze

  1. Piękny sweterek :) Zupełnie nie pszczółkomajowy, i w ogóle cudowne niedzielne popołudnie u Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. czuje się zachęcona :) się pojawię w następny weekend

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz