27.9.09

Przystanek sto dwudziesty drugi

Dziś właściwie miało być o roślinkach, ale myślę że roślinki mogą chwilkę poczekać ;)

Piękna pogoda się podobno kończy, ale póki co, weekend przebiegł nam w prawdziwie złotojesiennym nastroju.

Była praca w ogrodzie, było leniuchowanie na leżaku, była też południowa kawka na łonie natury.

Zdołałam więc sfotografować mój nowy ogrodowy stolik "przy pracy" :)




Prawda że całkiem nieźle się prezentuje?

Brak co prawda jakieś szykownej rustykalnej zastawy, która komponowałaby się odpowiednio z bluszczykiem, ale chwilowo chyba obejdę się bez ;-)

Był też dziś czas na spacer po lesie, kto wie, może to ostatni taki piękny jesienny spacer w tym roku ...




.
Aron jak zawsze zachwycony spacerem, zachłyśnięty wolnością ...
.
.
Jego Pan, jak widać, też ;-PP
.
Nie da się ukryć, że Aron wprowadził do naszego życia wiele zmian...
Powtarzamy to sobie często, zwłaszcza w czasie naszych codziennych wieczornych spacerów we trójkę, tylko my dwoje i on :)
Aronek, nasze kochane najmłodsze dziecko, daje całej naszej rodzinie tyle radości i miłości, że aż się nie chce wierzyć że mogliśmy kiedyś się bez niego żyć ...
.
.
.
Ja myślę że on już od urodzenia był nam przeznaczony, a tylko przez pomyłkę trafił do kogoś innego...
.
Całe szczęście że go odnaleźliśmy :)
..

13.9.09

Przystanek sto dwudziesty pierwszy

.



..

No i oto mój "stolik kawowy" gotowy.
..

Trochę to trwało, ale przy mojej śladowej ilości wolnego czasu nie jestem w stanie chyba nic szybko zrobić.
..

Praca przy nim wzbogaciła mnie o parę odkrywczych myśli:
..
1. Nie jestem wcale tak cierpliwa, jak myślałam.
.
2. Stołki (vel stoliki) mają niewiarygodnie dużo nóg oraz poprzeczek, a każda z tych nóg i poprzeczek ma stanowczo za dużo stron.

3. Farby i lakiery schną stanowczo za długo.

4. Nie znam się ani w ząb na farbach ani lakierach. Być może uda mi się to naprawić, ale to jest ta optymistyczna wersja.

5. Całe szczęście, że wszystko co nakleję i pomaluję można zdrapać i zmyć i zacząć wszystko od nowa.

6. Psie włosy są wszędzie.

..

W każdym razie przyznać muszę, że zabawę miałam z tym wszystkim niezłą.
..

Gdybym mogła przeznaczyć na nią więcej czasu, pewnie zdążyłabym się już zabrać za jakiś następny pomysł, parę mi po głowie łazi. Póki co jest ogrodowy stolik do kawy , akurat w chwili kiedy lato postanowiło zrobić nam radosne "papa". Ciekawe czy uda nam się choć jedną weekendową kawkę przy nim wypić jeszcze w tym roku.
..

Oczywiście nie jestem do końca zadowolona z wyniku mojej pracy, ale generalnie znam to uczucie na wskroś od wielu lat i wiem, że nigdy chyba nie będę. Dokładnie tak samo jak z robótkami. Ciekawe, że moje „biżuty” nie budzą we mnie takich uczuć. No, może faktycznie, muszą się trochę odleżeć, kiedy spojrzę na nie nowym okiem, bardziej mi się podobają. A najbardziej, kiedy nosi je ktoś inny. Czasem wydają mi się naprawdę ładne…
..
No właśnie, o robótkach mówiąc, przypomniałam sobie ostatnio, że ja przecież lubię na drutach robić :)
..

Postanowiłam dziś sprawdzić, czy po tak długiej przerwie moje ręce czują się wypoczęte i będę mogła znów sobie wieczorami podłubać. Był to świetny pretekst do przegrzebania paru pudeł z włóczkami, póki co odrzuca mnie od robótek zaczętych (no jest ich parę niestety), więc oczywiście m u s i a ł a m zacząć jeszcze jedną ;)
..

Chodzi za mną od jakiegoś czasu taki zwykły sweterek w paseczki. Przejrzałam więc pudełka z kolorowymi bawełenkami i wyjęłam wszystko co mi pasowało do ciemnego brązu, który oczywiście będzie kolorem przewodnim, a jakżeby inaczej :) Zrobił się tego pełen koszyk…
..



..

Na razie postanowione są tylko dwie sprawy: po pierwsze, że będzie to sweter rozpinany, jakich mi zawsze brak, a po drugie, że zrobię tył i przody z jednego kawałka, żeby nie użerać się z dopasowywaniem kolorowych pasków, bo jak znam życie, czegoś by mi zabrakło, gdzieś bym się na pewno pomyliła, no to uniknę tego robiąc wszystko za jednym zamachem.
..
Co prawda, w związku z tym musiałam nabrać na druty 280 oczek, i zapewne zrobienie jednego paseczka będzie ciągnąć się przez kilka wieczorów, ale co tam, jakoś spróbuję to wytrzymać i się nie załamać.
..

* * *

..
No, przyznacie że byłam dziś bardzo dzielna, ani jednego słowa o ogródku, ani jednego zdjęcia kwiatka. Ja w każdym razie jestem z siebie dumna :)
..

Ale to nie znaczy że nie grozi Wam to za tydzień, bo we wrześniu rozkwitły mi pięknie …

aha, ćsiiii… miałam nic nie mówić o ogrodzie!
.
no to dziś już milczę…


.


.


.

5.9.09

Przystanek sto dwudziesty

Coś mnie ostatnio troche zamurowało, przyznaję bez bicia. Nie wiem czemu, ot tak po prostu. Zdarza mi się czasem. A to mnie zamuruje robótkowo, a to kulinarnie, a to blogowo, nagle mnie nachodzi takie nieróbstwo i już. I nie pomogą życzliwe uwagi Mojej Najlepszej Przyjaciółki w stylu: "Wiesz, zaglądałam ostatnio na przystanek i nic tam nowego nie ma" ... Phi, tak jabym sama o tym nie wiedziała... ;-PPP

No nic, czas najwyższy zabrać się znów do roboty.

Jednym z powodów dla których postanowiłam sie wreszcie ruszyć i coś tu skrobnąć jest to, że patrzeć już nie mogę na to swoje zdjęcie z leżaczkiem... I nie tylko dlatego, że o wakacjach już dawno zapomniałam, szkolno-pracowo-dojazdowy kieracik ruszył pełną parą i znowu sobie musiałam przypomnieć jak wygląda świat o godzinie 5.15 (wcale nie wygląda!) ;-PPP

Pogoda dziś za oknem mocno jesienna, leje i wieje od rana, siedzę ubrana w ciepłe skarpety i owinięta ciepłą chustą, jak za "dobrych" zimowych czasów, brrrr...

Na przekór więc pogodzie, pokażę Wam jakiegoś ładnego kwiatka z mojego ogródka, póki jeszcze w ogóle jest co pokazywać...

O, na przykład powód do mojego ogrodniczego szczęścia: w tym roku po raz pierwszy zakwitł mi na płocie milin amerykański. I co prawda nie sa to jeszcze "kwitnące żywe czerwone zasłony", jak zachęcająco reklamują je sprzedawcy na Allegro, ale kwiaty są naprawdę piękne. Mój milin ma dopiero trzy lata i zakwitły chyba tylko trzy czy cztery kwiaty, ale mam nadzieję że za rok będzie ich więcej...




Jeśli jakiegoś uważnego obserwatora zdziwił nieco kształt liści mojego milina, to spieszę wyjaśnić, że nie mogąc doczekać się kiedy wreszcie się on rozrośnie i zasłoni nas trochę od ulicy, w ubiegłym roku dosadziłam do niego kilka gałązek winobluszczu...
Hehe, teraz mam prawdziwie podwójny parawanik :)
Nie mam tylko pojęcia co z tego mariażu wyniknie za lat kilka :)

A tu jeszcze jeden kwiat, którym po prostu nacieszyć się nie mogę: zawilec japoński. Nie dlatego się tak cieszę, żeby był jakiś szczególnie rzadki, ale dlatego że pojawił się u mnie jakoś tak ... niespodziewanie... ;)

To oczywiście wina mojej sklerozy, na pewno posadziłam go osobiście w zeszłym roku razem z innymi wysępionymi od Cioci Hani roślinami. Tylko tak jakoś zupełnie o tym zapomniałam...

Szczęście że z zasady nie wyrywam ładnie wyglądających "chyba-chwastów" zanim nie pokażą jakie mają kwiatki! Czasem to naprawdę się opłaca :)






Ostatnio zresztą zakwitł mi ślicznie jeszcze jeden "chyba-chwast", tym razem naprawdę nie mam pojęcia skąd się u mnie wziął, tym bardziej że ten akurat kawałeczek grządki uprawiam dopiero od tej wiosny i na pewno nic tam nie dosadzałam ...

Szanowny Małżonek co prawda podejrzewa w głębi duszy, że jest to efekt jakiejś mojej potajemnej wizyty w centrum ogrodniczym, ale ja myślę że musiało coś się samo wysiać i tyle.
A całkiem ładne się wysiało :)




Żeby na koniec trochę odpocząć od kwiatków, fotka zadowolonej minki Aronka, na naszym ostatnim letnim spacerze po lesie. Eh, pięknie było i ciepło...
Życie jest piękne!




Znudzonym dzisiejszą ogrodniczą tematyką mojego przystanku obiecuję solennie, że w następnej notce nie będzie ani jednego kwiatka. Pokażę natomiast efekty moich zmagań ze stołkiem, znaczy tym... no... stolikiem kawowym, nad którym ślęczę sobie od czasu do czasu i właściwie do końca nie wiem co z niego będzie... ;)