31.10.09

Przystanek sto dwudziesty piąty

Wszędzie tylko jesień i jesień.

Może i kiedyś ją lubiłam, bo taka ładna, bo kolorowa i romantyczna. A teraz nie lubię i tyle.

No i owszem, przyznaję, że kolorów ma co niemiara, i w dodatku one wszystkie z gatunku "moich". Brązy złociste, rudości płomienne, przygaszone zielenie. Cóż, kiedy bez słońca tych kolorów prawie nie widać, a słońca ostatnio jak na lekarstwo. Zimny wiatr je zaraz potarga, deszcz rozmyje, a na koniec przyjdzie mróz, wszystko zeszkli i przemrozi.

I tyle z nich zostanie...

Kolorowe ozdobne dynie ładnie się prezentują w domu na stole. Apetyczne, aż by się schrupać chciało.



W tym roku urodzaj na nie mamy wielki, niektóre nawet na drzewach nam urosły...


Jedyne które nie dopisały, to te, na których najbardziej mi zależało, czyli dynie masłowe od siostry mej bliźniaczki. Nasionka wykiełkowały ładnie i nawet urosły, ale rosły bardzo powoli. Nawet zakwitły, ale w chwili kiedy miały zawiązać owoce to się nagle wzięły i rozmyśliły. Szkoda, bo już sobie zęby na nie ostrzyłam. W kwestii dyń zielona jestem całkowicie, znaczy nie znam się na nich zupełnie, a ochotę mam wielką się poznać.
..
Dawno temu, przytargawszy, też zresztą od bliźniaczki mej, podarowaną połówkę dyni - ot takiej zwykłej pomarańczowej, wykonałam z niej placuszki oraz jakąś bliżej nieokreśloną zupę, która w pamięci nam się nie zapisała, więc chyba nie warta była wspomnień.
.
A chętka pozostaje. Ilekroć w sklepie widzę takie apetyczne pomarańczowe ogromniaste głowy, mam na nie chrapkę, ale jakos śmiałości braknie i ... nie kupuję.
.
Ostatnio na blogach kulinarnych festiwal dyń zapanował, nie powiem, kusi i mnie. No nie wiem, może i skusi. Chyba że po Halloween okaże się że wszystkie już mają oczy i buzie i nic w sklepach nie zostało...
.
Rozgadałam się trochę, a miało być nie o tym.
.
Miało być o jesieni i o tym jak ją sobie umilam na różne sposoby.
.
Pierwszy mój sposób na jesienne przemęczenie i deprechy, choć niestety nietrwały i przelotny, to wziąć sobie ostatni zachomikowany tydzień urlopu ...
.
Oj, jak to pomaga!
.
Co prawda urlop ten był niezwykle pracowity, odwaliliśmy duży kawał ogrodowej jesiennej roboty, a trochę tego było. Ale i tak czuję się naprawdę wypoczęta.
.
Najlepszym tego dowodem jest fakt że poczułam znowu pociąg do kuchni, co ostatnio zdarza mi się niezwykle rzadko.
.
Ostatnim mym wyczynem jest przepyszna tarta z gruszkami, wypatrzona na kulinarnym blogu Kass. Okazała się niezwykle łatwa i, co najważniejsze, wyszła naprawdę pyszna. Dziś właśnie jestem w trakcie robienia powtórki, tym razem w rozmiarze XXL, bo naszej rodzince tarta upieczona w standardowej formie do tarty nie wystarcza nawet na jedno porządne posiedzenie ...
.
W kuchennym szale porwałam się również na bułeczki z Hotelu Parker House w Bostonie, których pierwszą porcję nieco przypaliłam (ale i tak zostały schrupane z pomrukami zadowolenia), ale druga wyszła mi już prawie tak samo ładnie jak na fotkach u Kass. No i pyszne były. Proszę o wybaczenie że nie ma fotek, pomyślałam o tym za późno, kiedy te najładniejsze zostały już pochłonięte. Musicie mi wierzyć na słowo :)
.
A wczoraj pół dnia spędziłam przy parzeniu i zdejmowaniu liści kapusty, czynności której normalnie nie cierpię i dlatego też gołąbków domowej produkcji moja rodzina nie jadła od lat kilku. Okazało się jednak że urlopowego dobrego nastroju wystarczyło mi i na gołąbki. Mmmmm... gołąbki... W naszym domu potrawa kultowa, oboje z mężusiem po prostu je uwielbiamy. Muszą być koniecznie z mięsem i ryżem a tajemnicą ich smaku jest tona pieprzu ziołowego którą dosypuję do farszu.
.
No to siedzimy dziś i się opychamy. Ehhh, nie ma jak urlop ...
.
No ale ja nie o tym chciałam. Miało być o sposobach na jesienną chandrę.
.
Jak wszystkim kobietom wiadomo, na chandrę nie ma jak malutkie zakupy...
No więc upatrzyłam sobie wreszcie i kupiłam mój wymarzony od lat kołowrotek!
Ta - dam ...




.
Nawet Aronek wyszedł spojrzeć na drewniane cudo z którym jego pani biegała po ogródku...



Co prawda w końcu nie udało mu się bliżej zapoznać z patykami, ale sami przyznacie
że kształt mają nęcący...
.
Ale się cieszę! Od dłuższego czasu marzyłam żeby spróbować swych sił i pobawić się w prząśniczkę. Największym wyzwaniem byłoby oczywiście przerobienie na wełnę puchatego podszerstka Aronka, którego pełne garście zbieram przy każdym czesaniu. No ale umówmy się, że na początek spróbuję po prostu coś upleść z wełnianej czesanki, którą można zakupić już na szczęście i w Polsce. Zobaczymy czy i co mi z tego wyjdzie... No, nie mówiąc już nic na temat tego k i e d y ... ;-PPP
.
Kołowrotek nie dość że ładny, jest także zupełnie sprawny, pewnie cośtam się jeszcze powinno wyregulować z naciągiem, już ja sobie to przestudiuję, na szczęście w necie jest trochę materiałów na ten temat.
.
Każdemu by chandra przeszła, conie ? ;-PPP
.
A jakby było mało, wypatrzyłam sobie jeszcze drugi prezent:
.

.
Jako dziewczynka zawsze marzyłam o pracy w bibliotece. I nawet mi się to udało, przez kilka lat
byłam panią bibliotekarką. Zamiłowanie do małych szufladek zostało mi do dziś...
.
Wyszperałam na allegro szafeczkę przerobioną z bibliotecznego katalogu, za jedyne 35 złotych!
Nie zastanawiałam się ani chwili, choć nie było żadnego zdjęcia, pomyślałam że za te pieniądze nawet szafka w kiepskim stanie będzie dobrym zakupem.
.
Okazała się być w bardzo dobrym stanie: szufladki mają dorobione dna, trzeba jedynie odkleić parę etykiet i odnowić górę szafki, dość podniszczoną. Ale od czego mam polerkę, spokojnie dam sobie z tym radę.
.
Powiem szczerze, aż w za dobrym stanie jest ta szafka! Spodziewałam się surowego drewna, mam mebel fornirowany, za fornirem tego typu nie przepadam, więc nie wiem czym to się skończy, może pobawię się w malowanie ?...
.
No i te dwadzieścia szufladek, czekających aż je zapełnię ... Mmmm, co za rozkosz! ...
(Dzieci pytają co ja tam powkładam, sama jeszcze dokładnie nie wiem, ale nie sądzę żebym miała z tym jakiś szczególnie wielki problem :)
.
No i sami widzicie, każdy radzi sobie z jesienią tak jak umie :)




13.10.09

Przystanek sto dwudziesty czwarty

Niniejszym odwołuję wszystko co powiedziałam na temat jesieni w poprzednim przystanku!
Jest mokra, zimna, ciemna i paskudna.
Powiem otwarcie: nie znoszę jesieni i nie cierpię zimy.
Szkoda że nie mogę sobie gdzieś na te pół roku jakiegoś zastępczego lokum zapewnić, gdzieś tam hen, w klimacie umiarkowanym, a nawet i w tropikalnym, a co mi tam...


Tymczasem musieliśmy dziś wieczorem dokonać ekspresowej ewakuacji roślin z tarasu, bo zagroziło przymrozkami i wcale się nie zdziwię jeśli jutro z tego lodowatego powietrza jakiś lodzik na ulicy zabłyska rano...

No, to samo się właściwie nawiązało do tematu roślinkowego (choć podobno samo to tylko grzmi i samo się błyska ...), nie mam wyjścia, m u s z ę znowu coś tu pokazać... ;-)

Taras mamy wielki i choć jeszcze cały czas nie wykończony, poprzedni właściciele pokryli go papą i tak na razie zostało, to i tak jest źródłem mojej ogromnej radości wiosną i latem.

Mogę sobie na nim nastawiać roślin do woli, a jeszcze drugie tyle się zmieści.

Zawsze o takim marzyłam, i choć ten wymarzony taras troszkę inaczej wygląda, ma piękne drewniane zadaszenie, trejaże pod pnącza, kamienną podłogę i są na nim ustawione wygodne fotele, to i tak mój lubię bardzo!


A oto jak wyglądał nasz taras jeszcze kilka tygodni temu:






Wiem, wiem, jesteśmy zdrowo kopnięci, mamy tych roślin strasznie dużo, ale jakoś póki co nie zanosi się żebyśmy się mieli opamiętać... ;P

Część z nich to oczywiście rośliny pokojowe, jak chociażby kaktusy i inne sukulenty, które wystawiamy żeby sobie łyknęły przez wiosnę i lato trochę słońca i świeżego powietrza.

Kaktusów zresztą na tych zdjęciach prawie nie ma, bo większość stoi po drugiej stronie tarasu ;P

No a z tą całą resztą to tylko kłopot przed zimą, bo część musi być zimowana w chłodnych warunkach a większość wymaga zadołowania w ogrodzie, coby im korzenie nie przemarzły...

No ale póki co jakoś sobie radę dajemy, w tym roku będziemy kombinować jak by tu opatulić większe donice, żeby nie trzeba było tego wszystkiego znosić i zakopywać!...Hehee, wariactwo, nie ? ;PP

Na szczęście, choć w niektórych sprawach myślmy z moim Szanownym Mężusiem nieco inaczej, w sprawie przeróżnych fijołów patrzymy na świat zupełnie tak samo. Znaczy, ulegamy im jednakowo i po same uszy :D

No, może nie dotyczy to moich fijołów robótkowych, no i bardzo dobrze, w końcu ja też nie podzielam pasji futbolowych co poniektórych ;)

Ale ja przecież nie o tym...

Chciałam dziś Wam pokazać jedno z naszych odkryć tegorocznych, roślinę dość niepozorną, właściwie kupioną przypadkiem, na wołomińskim targu którejś wiosennej soboty.

A na imię jej lantana.




Na tym zdjęciu wśród innych roślin nie wygląda zbyt ciekawie, ale wystarczy przyjrzeć się z bliska jej kwiatom. Są niesamowite!

Nie dość że kwitnie bez przerwy od maja, to jeszcze zobaczcie sobie jak pięknie:



Raz są pomarańczowe, później dwukolorowe, a na koniec całkiem zółte.
I tak caly czas się ta roślina przebiera w coraz to inne szatki :







Lantana pochodzi z krajów tropikalnych, więc będzie dla mnie ogromnym wyzwaniem próba przechowania jej przez zimę. Podobno się to udaje, ale ja jakoś niestety nie posiadam dużych talentów w tym względzie...
No zobaczymy. Roślina dziś zajęła swoje zimowe stanowisko, na oknie w garażu, razem z agapantami, oliwką, oleandrem i hebe, no i od dziś czekamy razem ...
byle do wiosny ... ;-PP




3.10.09

Przystanek sto dwudziesty trzeci

No i nie da się ukryć że przyszła...
Muszę przyznać że jest nawet ładna, kolorowa, częściej słoneczna niż deszczowa, ale tak strasznie zimno się już robi wieczorami...

Ja, zmarźlak wieczorny, siedzę w grubych skarpetach, polarowej bluzie, owinięta w wełniane koce robione przez moją Mamę, bez których sobie życia jesienią i zimą nie wyobrażam, ale i tak czuję że mam zimny czubek nosa, jak nie przymierzając moja kochana psina...

Codziennie rano wstaję po ciemku, szukanie ubrania do pracy przy świetle lampki nocnej to prawie tak samo jak i bez niej, nie wiem czy to czarne spodnie czy brązowe, nie pamiętam czy ta bluzka do tych spodni pasuje czy nie, okaże się w pracy ...

Uwielbiam te poranki... (To było z sarkazmem, jakby ktoś się nie domyślił :)

Po pracy wracam do domu i zanim nakarmię towarzystwo i zjemy obiad czy też właściwie kolację, to już prawie ciemno, niedługo nawet i tego promyka światła popołudniowego nie będzie ...

Właściwie nie zimno tylko ten brak światła mnie tak jesienią i zimą dobija. Może się człowiek powinien jakoś doświetlać, żeby nie popadać w jesienne chandry, a właściwie najchętniej to wyniosłabym się do jakiegoś kraju gdzie zimy nie ma w ogóle...

Eh, dobrze że choć w weekend można trochę się doświetlić i dosłonecznić. Dziś znów udało nam się kawkę sobotnią wypić na dworze, choć zawinięta byłam w dwa polarki, mimo słoneczka na niebie świecącego ...

A później odwaliłam kawał ogrodowej roboty, trochę wyczyściłam, trochę posprzątałam, w kościach to czuję do teraz :)

W ogrodzie już widać że rośliny szykują się do zimowego snu, ale na szczęście jest jeszcze całkiem
kolorowo, w tym roku jakoś ładniej chyba niż rok temu.

Zdjęcia dzisiejsze, świeżutkie jak bułeczki, słońce co prawda już sobie poszło precz, ale widać że październikowe kwiaty mają jeszcz dużo uroku.

Jednak jedą z największych niespodzianek w tym roku są dla nas dwa rączniki, czyli rycynusy, własnoręcznie posadzone z nasion przez mojego mężusia. Jeden wyrósł czerwony, a drugi zielony. Zobaczcie jakie wielkie, zielony sięga okna na pierwszym piętrze, aż trudno uwierzyć że w naszym klimacie to jednoroczna roślina!
Czerwony za to ma przepiękne nasiona.

Spróbuję je może jakoś zasuszyć, w tym roku suszę co się da ( i co się nie da), żeby poeksperymentować z suchymi bukietami. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Mam jeszcze sporo fotek naszych roślin tarasowych, ale to już chyba następnym razem. Taras co prawda będziemy już chyba powoli ewakuować, bo trochę boję się przymrozków, no ale fotki już mam, więc trochę Was jeszcze ogrodowo pomęczę zanim nadejdzie.... brrrrrr .....