29.11.09

Przystanek sto trzydziesty

Dziś dla odmiany przystanek biżutkowy, bo trochę się naprodukowałam to i się pochwalę, żebyście nie pomyśleli sobie, żem cała w sznurki wplątana :)

Wczoraj dopadło mnie natchnienie, zrobiłam sobie kilka rzeczy.
Oto komplecik z barwionej lawy i muszli. Tak mnie ostatnio jakoś na brudne róże i fiolety wzięło:



A jak fiolety, to również fioleciska ;)

Kupiłam niedawno takie sobie dość ostre fioleciki lepidolitowe, ładne nieobrabiane kamyki.
No i dodałam muszelkę szarą i oksydowane ciemne rureczki srebrne, coby ten fiolet zjadliwy trochę uspokoić. Tak wyszło:
.


Będę sobie jeszcze musiała dobrać (czyt. dokupić) coś na kolczyki, bo takieeego fioletu to nie mam wśród tych moich zapchanych pudełeczek...


A teraz komplet z korala, czerwony kolor też zawsze lubiłam.
Szczególnie jestem zadowolona z kolczyków, zresztą bransoletka też mi się podoba.
Jeszcze pewnie sobie machnę coś na szyję, ale to dopiero przy jakimś następnym ataku nachnienia.
'


A to komplecik mikołajkowy dla pewnej pani. Mam nadzieję że jej się spodoba.
.


I na koniec kolczyki dla Qd, o ile sie spodobają. Jeśli nie, to moje :)
.
.


Uff, trochę Was fotkami zasypałam.

Ale żebyście nie myśleli, że odstawiłam swój kołowrotek w ciemny kąt, pokażę jak wyszedł mój pierwszy moteczek:



W tej chwili właśnie drutuję z niego próbkę, która prawdopodobnie okaże się w końcu szalikiem, i będzie to naprawdę gruby cieplutki szalik, hehe ...
Jak się rozkręcę, to będzie i czapka, choć czapki naszam tylko w ostateczności.

Ładny był weekend, my znowu łaziliśmy po okolicznych lasach, i muszę przyznać że mimo tej nielubianej przeze mnie pory, las nie traci na uroku.
.
.



Dziś las był w kolorach sepii.

.
A po lesie fruwały szalone psy ...
.
.



23.11.09

Przystanek sto dwudziesty dziewiąty

.
.
A jednak udało się!
No nie powiem, trochę mnie to czasu i pracy kosztowało. Ale zmogłam dziada!
A oto i dowody:
.
.



.
.
No umówmy sie, wiem że nie jest to żaden ósmy cud świata, ale to pierwsza wyprzędziona przeze mnie wełenka :)

Bordowa już trochę cieńsza i ładniejsza niż szarości, na których trenowałam do oporu żeby wogóle się chciało skręcać, nawijać i ... n i e .. r w a ć!

Tak się zapaliłam do tematu, że zasnąć nie mogłam wczoraj, wyobrażałam sobie co z czym będę mieszać i jakie to fantastyczne włóczki spod mojej ręki wyjdą... Wariactwo kompletne!

No bo ja raczej nie będę przędła delikatnych cieniutkich moherków, mój ideał samodzielnie przedzonych włóczek jest bliższy temu:
.
.


.
Szalone, prawda? Więcej tego typu włóczek można sobie obejrzeć tutaj.
No co ja na to poradzę, że uwielbiam tego typu wariackie włóczki. Przez całe moje robótkowe życie marzyłam żeby móc sobie takich właśnie wariackich włóczek naprząść.
.
No to se wreszcie naprzędę :)
.










21.11.09

Przystanek sto dwudziesty ósmy

Mój piesek postanowił się uniezależnić od mamusinego pisania i założył własnego bloga :)
.
No, teraz dopiero się dowiemy co mu tam w główce siedzi...
Aż się boję ;P
.
Swoją drogą, często się zastanawiam o czym to Aron duma, kiedy tak leży sobie i spogląda na nas z zamyśloną miną. Bo że myśli, to nie ulega dla mnie wątpliwości...
.
.

Ja tymczasem nabyłam sobie garść wełnianej czesanki, żeby nauczyć się przędzenia na kołowrotku.




Póki co, nie mam się czym chwalić, chyba tylko tym że kołowrotek na szczęście okazał się być sprawny w 100%, wszystko już sobie sprawdziłam i przećwiczyłam, tyle że jakoś nie wychodzi mi jeszcze samo przędzenie ;-PP

Ta głupia czesanka wcale nie chce się zmieniać w nitkę, tylko się rwie natychmiast jak tylko zaczynam ...

Ehh, zazdroszczę Basi-Fanaberii praskiego kursu przędzenia, ciekawe czy u nas kiedyś, gdzieś, ktoś ... No w każdym razie nie zamierzam łatwo rezygnować, może po prostu to, co zakupiłam na allegro, nadaje się tylko do filcowania a nie do przędzenia?

Jest oczywiście i na to sposób, nazywa się e-bay.co.uk, jest tam pełno czesanek specjalnie do przędzenia przygotowanych, pewnie nie wytrzymam i nabędę. Ale póki co, jeszcze trochę poduszę to co mam.
W razie co, przecież filcować też się chętnie nauczę, hihi...
.
.

Byliśmy dziś na pięknym leśnym spacerze, mamy tych lasów koło siebie tyle, że jest w czym wybierać w weekendy, mimo że mieszkamy przecież tak blisko Warszawy.
.












No i ja właśnie o tych lasach. Niech mi kto powie, dlaczego ludzie tak strasznie w lasach śmiecą??? Jestem tym zszokowana, to dla mnie niepojęte zupełnie. Nie da się przejść lasem żeby nie natknąć się na ślady człowieka: butelki, puszki, papiery, a czasem wręcz torby pełne śmieci...
Być może, niestety, jest to specyfika lasów podmiejskich, ale dla mnie i tak dalej zjawisko niewytłumaczalne.

Nie wiem, czy ja jestem z kosmosu, czy jak?... Nigdy bym nie wyrzuciła butelki, czy nawet papierka po kanapce w lesie. I wiem że moje dzieci też by tak nie postąpiły, mimo że nie pamiętam, żebym im kiedykolwiek wykłady na ten temat robiła. No więc nich mi kto powie, dlaczego taka masa ludzi w taki sposób postępuje? Dlaczego nie mają żadnego szacunku do przyrody, dlaczego nie potrafią docenić uroku nie zanieczyszczonego lasu?! I na co komu te wszystkie dumnie zwane szkolne lekcje ekologii, wielkie akcje sprzątania świata, skoro z własnego domu dzieciaki nie wynoszą miłości i szacunku do otaczającego nas środowiska.

Ehh, rozgadałam się strasznie, wiem, ale za każdym razem kiedy widzę te ślady ludzkiej głupoty, to aż mnie trzęsie. My, ludzie, wszystko co mamy to zmarnujemy. Niestety.



15.11.09

Przystanek sto dwudziesty siódmy


Muszę się zmobilizować i coś wreszcie napisać na przystanku, bo co poniektórzy się ze mnie naśmiewają , że wyróżnieniem się tak bardzo chwalę że mi go szkoda niżej opuścić i dlatego tak długo nic nie powiesiłam nowego ;)

No po tym co Skrzacik o optymizmie wiejącym z przystanku napisał, to naprawdę ciężko się zastanawiam jak tu podołać wyzwaniu i przestać na te jesień paskudną klapouszyć ...

Może po prostu zastosuję myślenie Synka mojego, który w celu pocieszenia zgęsiałej tą porą roku mamusi, udowodnił mi w sposób klarowny i oczywisty że połowę listopada możemy w zasadzie traktować jako zbliżający się wielkimi krokami koniec jesieni, jednej z tych dwu pór roku których tak bardzo nie lubię... Czyli że połowa już prawie za nami! Jednym słowem: już coraz bliżej do wiosny! Brzmi fajnie, czyż nie ?

Grudzień zresztą pryśnie tak szybko jak szybko się zacznie, a to za sprawą przygotowań światecznych. Potem już tylko przetrzymać styczeń, luty będzie krótki a w marcu już nic wiosny nie zatrzyma...

Czyli że Synek ma całkowitą racje :)

Na dowód tego, że wiosna blisko, pokażę jak pięknie cały czas kwitnie euphorbia milli, czyli wilczomlecz lśniący, która co prawda trwa w tym stanie przez okrągły rok, nie wiem doprawdy jak to możliwe, ale nie przeszkadza to wcale temu, że dzięki tym małym czerwonym kwiatkom łatwiej mi znieść deszczowoszarojesienny widok za oknem...



Nie piszę nic ostatnio o robótkach, bo i nie ma o czym.

Mój kolorowy paseczkowy blezerek "robi się" co prawda, ale tempo przybierania na długości jest znikome, bo łapska nie pozwalają mi na przedłubanie więcej niż kilku rzędów na wieczór.
Pociesza mnie jedynie fakt, że te parę rzędów przybywa jednocześnie i z przodu i z tyłu, hehe, bo mam przecież na drutach prawie trzysta oczek, wielka szkoda że nie mogłam się podłączych jeszcze z rękawami ;)


O tak to mniej więcej wygląda, paseczków jest dużo, kolorów też dużo, ciekawe tylko czy nie będę w nim wyglądała jak wielka pszczółka Maja ... ;-)

Tym razem przynajmniej nie zabraknie mi włóczki, bo kolorowych bawełenek mam całe mnóstwo, więc mam dużą nadzieję na prawdziwie długi sweter z nieprzykrótkimi rękawami.

Inne robótki leżą i kwiczą, czasem tylko wydłubię jakieś nowe biżutki. Ostatnio wreszcie wywiązałam się zamówienia dla sekutnicy (małą literą, małą literą), która bardzo cierpliwie czeka od wiosny na swój naszyjniczek. Co prawda dalej czeka, bo on jeszcze u mnie leży, ale myślę że mogę fotką ją trochę zanęcić do spotkania, co nie? :)


Sobie też cośtam wydłubałam, ale powieszę w następny weekend, bo nie zdążyłam złapać światła dziennego do fotek.
No i znów niedzielne szare popołudnie, za oknem deszczowo i smętnie, ale żeby było trochę tego optymistycznego tonu, to nadmienię że w piecyku dochodzi właśnie lazania, następne z uwielbianych w mojej rodzinie dań. Z pewnością poprawi jesienne nastroje wszystkich łakomczuchów ...





A ja sobie siedzę przy moim kompiku, zaraz będę przeglądać co tam u Was nowego na blogach słychać. A na koniec Aronkowa słodka minka, prosto z podusi i krainy psich snów ...


5.11.09

Przystanek sto dwudziesty szósty

.
.
.

Przystanek będzie dziś ekspressowy, wstąpiłam tu tylko po to, żeby podziękować kochanemu Skrzacikowi :) Zupełnie nie zasługuję na żadne wyróżnienia, ale miło mi bardzo!