28.12.10

Przystanek zimowy


Nie da się ukryć, trochę tu jestem, a trochę jakby mnie nie było...
.
Zima ma to do siebie, że ja jej nie lubię i nie polubię. Więc zawijam się na zimę w emocjonalny kokonik i próbuję ją jakoś przeczekać. Nie będę Wam tu marudzić że mi smętnie, że mi ciemno, że brak mi energii i za mało ciepła.
.
Odezwę się pewnie niebawem. Jak tylko mrozy odpuszczą, jak tylko śniegi odejdą, jak tylko światła będzie więcej a z nim więcej energii do życia.
.
A na razie ogłaszam malutką przerwę zimową na Przystanku. Wiosna już blisko. :)
.
A to piękne zdjęcie znalazłam tutaj .
Zajrzyjcie i zobaczcie ile tam ładnych fotografii.
.
A w Nowym Roku życzę Wam wszystkim więcej zwykłych radości na co dzień, więcej cierpliwości do bliskich i dalekich, więcej ludzkiego ciepła i chęci zrozumienia. No i żeby życie było piękne.
No to pa.

6.11.10

Przystanek sto pięćdziesiąty czwarty

Kusiło babę, kusiło, aż skusiło :)
.


Od jakiegoś czasu tak się przyglądam tu i tam co pięknego można ufilcować sobie z czesanki, a że czesanek ci u mnie dostatek, to tylko kroczek jeden do wypróbowania jak to smakuje ...
Hehehe, a już się zastanawiałam co ja pocznę z moim koszem pięknych czesanek z Pragi, bo odkąd spróbowałam farbowania, wolę sobie sama kolorki mieszać do przędzenia. Aż tu nagle ta-dam, oświeciło mnie!... Wszystkie się przydadzą!..
.
Oj, nie powiem, zasmakowało mi to filcowanie, nawet bardzo ...
.
Pierwsze koty za płoty może nie wyszły jakoś super profesjonalnie, hehe, ale głównie to ja chciałam zobaczyć czy to naprawdę da się samemu zrobić. Zakupiłam sobie więc na allegro mini-szaliczek z jedwabiu w zawrotnej cenie 3,5o zł, tak ostrożnie, żeby w ciemno kasą nie szastać,
.
no i proszę bardzo (się nie śmiać) ...
.
.

.
Najważniejsze w tym "dziele" dla mnie to, że się w ogóle zechciało kupy razem trzymać :)
.
To było wczoraj. Metoda filcowania była "na masująco". Wydała mi się dość trudna, choć na pewno jeszcze do niej wrócę, bo ma też swoje dobre strony.
.
Dziś postanowiłam wypróbować metodę z użyciem folii bąbelkowej, bez podkładu z jedwabiu. Na internetowych filmikach wyglądała dość niesamowicie. No a przede wszystkim bardzo prosto.
.

Większą ilość folii bąbelkowej zakupiłam ostatnio przy okazji opatulania tarasowych doniczek, tak "przypadkiem" wpadłam na ten pomysł :) Brakowało tylko rurki do wałkowania. Okazało się że teleskopowa rura od odkurzacza marki elektrolux świetnie się do tego celu nadaje. I jeszcze sobie można długość regulować! :)
.
Szaliczek przed sfilcowaniem (powinnam powiedzieć raczej przed wałkowaniem) wyglądał tak:
.



.
A po sfilcowaniu tak:
.

.
A tak wygląda już suchy szalik, rozparty wygodnie na krześle:
.
.
Nie powiem, czuję że mnie znów wciągnęło...
.
Trochę co prawda czuję to wałkowanie w łapskach, jutro się okaże, czy dam radę rano wypić herbatę :) Ale z drugiej strony, może to właśnie sposób na rozruszanie ? Co nas nie zabije to nas wzmocni :)
.



.

Jutro, jeśli będę miała siłę, będę wałkować dalej...
.

31.10.10

Przystanek sto pięćdziesiąty trzeci


Pamiąteczki zasuszone - nieba róż.
Na pudełku tyrol i jabłoń.
Takie proste było wszystko: chleb i nóż.
a teraz gdzie opadło?
Takie proste byłyby lata
- zasuszone dziś w książkach płatki.
Jak obrazki zielenią odczuć?
Niewypukłe obrazki, gładkie.
[Nie ma ciebie, nie będzie, po co
szukać gwiazdek w czarnej sali?
Tylko pamięć wysycha - potok,
świat - klinika trocinowych lalek.]
Dziecinnieje mi ziemia znów
zamykana w tajemnice pudełek.
Oddalony smutek snów
jak nad śmiercią rzucona przełęcz.
Srebrny kluczyk. Nakręcane ptaszki -
- pomniejszone pozytywki zdarzeń.
A to wszystko maleńkie obrazki
powieszone na potężnym konarze
.
K.K.Baczyński

.
To jeden z moich ulubionych wierszy Baczyńskiego. Od wielu lat go znam, od wielu lat go bardzo lubię, czasem go sobie powtarzam, a im jestem starsza, tym głębsze znaczenie mają dla mnie te słowa.
.
W taki dzień jak dziś, nie sposób nie zagłębić się w myśli o przemijaniu.
.
Myślę o ludziach, których spotkałam w życiu a których już nie spotkam. Wszyscy byli dla mnie ważni, byli chwilą w moim życiu, jakimś jego etapem, jakimś jego obrazem, obrazem samej mnie z tamtych lat. I dalej przecież są tam dla mnie, w mojej przeszłości: trochę bardziej odlegli, trochę niedostępni, a razem z nimi ja, taka jaka byłam dla nich, przy nich, dzięki nim.
.
Nostalgia przemijania to tęsknota za tymi którzy odeszli, ale przecież też tęsknota za przeszłością i sobą samym z tamtych chwil. Tak, czasem myślę że chciałabym wrócić choć na chwilę do tamtych lat, kiedy Babunia, Wujek, Ciocia, kiedy Tato … kiedy ja …
.
Uczymy się dopiero z biegiem życia, że trzeba dobrze przeżyć każdy dzień, żeby go później nigdy nie żałować, że był i przeszedł bez śladu, zniknął w tłumie innych szarych niepotrzebnie zmarnowanych dni.
.
Każdy dzień ma znaczenie. Każda chwila, każdy uśmiech i każde dobre słowo.
.
Życzę Wam i sobie żebyśmy się tego nauczyli.
.
Ja się staram.
.
To oczywiście nie jest takie proste, codzienny natłok spraw męczy i przytępia naszą wrażliwość, osłabia dobre myśli.
.
Na szczęście spotykam na swojej drodze ludzi którzy tak właśnie potrafią cieszyć się każdą chwilą. Głowa pełna dobrych myśli, radości życia, chęci do życia i działania. To zaraża!
.
A więc dajmy się zarażać, wykorzystujmy każdą chwilę, uczmy się czerpać z tych spotkań energię, dobra energia, tak jak szczęście - mnoży się gdy się ją dzieli :)
.
Ot, takie moje wieczorne „filozowanie”. Czy komu potrzebne, nie wiem, chciałam coś dziś napisać i tak mi samo wyszło.
.
U mnie dziś śpiewa Sinead O’Connor. Nie wiem czy pasuje do dzisiejszego dnia, mi pasuje do nastroju. Ot taki nastrój właśnie.
.
Aha, i jeszcze jedno dziś chciałam napisać: trochę to pompatycznie zabrzmi, ale trudno, muszę, inaczej się nie da tego powiedzieć: KOCHAJMY LUDZI, to bardzo ważne!
.
(a teraz szybko muszę kliknąć w "publikuj posta", zanim się zawaham i wszystko wywalę :)
.

17.10.10

Przystanek sto pięćdziesiąty drugi

No i rzeczywiście, trochę jakbym się wrzecionem ukłuła...

Nie żebym w letarg zapadła, ale jednak w coś chyba udało mi się wpaść, w wir jakiś, czy w kieracik codzienny taki, co to się kręci i kręci bez końca, z rzadka tylko zatrzymując się na chwilę...

Dobra, dobra, nie będę narzekać, co roku marudzę na przyjście jesienno-zimowej szarugi, więc tym razem cicho sza, a ten co mnie zna i tak wie, co ja o tym wszystkim myślę ... ;)

Pogoda co prawda piękna, nie da się narzekać, mogłoby tak być aż do wiosny...

No ale światła jest coraz mniej, zanim człowiek się z pracy do domu dotelepie, zanim trzódkę nakarmi, zanim słoniki na siusiu przegoni, to prawie nocka już zapaść zdąży i niewiele można w ramach wolnych zajęć zdziałać. Ze mnie żaden "nocny marek", bo bez dziennego światła kolorów dobrze nie widzę. Taka moja prywatna odmiana kurzej ślepoty :)

Tak więc tylko w weekendy próbuję wyszarpnąć sobie wolne chwile na działalność dowolną. No i mało tych chwil, oj mało. A że mnie ostatnio na oklejanie i pacykowanie całego świata wzięło, to proszę bardzo sobie zobaczyć co z tego wynikło:
.




.
.
Jak widać, wpadłam w małą manię zegarową :) A to jeszcze nie koniec, mam kolejne plany i pomysły w fazie mocno wstępnej, jak się wyklują to nie omieszkam ich tu pokazać.
.
Mania oklejania dopadła mnie w dobrym momencie, bo okazuje się że do mojej nowo częściowo-urządzonej kuchni przydałoby się parę drobiazgów, więc póki co, oprócz "oliwkowego" zegara, zmalowałam sobie też tackę na pieczywo
.
i pudełeczko na herbatki:


.
.
Jest oczywiście cała kuchenna kolejka, łącznie z szafeczką na przyprawy którą będę musiała z ciemnego brązu przemalować na biało, ale jak to z dekupażem bywa, kolejka do przodu posuwa się wolniutko, bo zanim sie coś pomaluje, zanim to wyschnie, zanim się znów pomaluje, zanim to znów wyschnie, zanim sie następne 5 razy pomaluje i zanim to wyschnie, to tydzień leci za tygodniem a przedmiotów do pokazania niewiele.

W międzyczasie zrobiłam jeszcze upominkowe pudełko na chusteczki, chustecznik w maki dla osoby o pięknym imieniu Begoña :) ...


I tak sobie pacykuję w wolne co poniektóre weekendowe chwile. I usiłuję nie wpadać w jesienne deprechy, bo co dopiero będzie w zimie... ojej...

Spytacie co u kołowrotka słychać. Ano stoi tu sobie obok mnie, na nim resztka ufarbowanej czesanki i dwie szpulki uprzędzionej wełenki, no i czekają grzecznie na swoją kolej, tak jak i cała reszta innych mojej "wolnej" działalności w fazie planów i odwleczeń. A ja, tak jak i one, nie tracę nadziei że niedługo i dla nich jakaś chwilka czasu się znajdzie...

:)

23.8.10

Przystanek sto pięćdziesiąty pierwszy

Lato, lato i po lecie ...

No, może jeszcze nie całkiem, ale nie da się ukryć, że jesień coraz bliżej. No cóż, przyjdzie się z tym faktem oswoić ... Staram się, naprawdę.
.


Ostatnie wolne dni też minęły, spędziłam je w domu, próbując jak zwykle uszczknąć wszystkiego po trochu. Prawie się udało :)
.


Najwięcej czasu spędziłyśmy z córą moją na dekupażowaniu. Niezła zabawa z tymi wyklejankami, a co gorsza, wciąga! Mężulek widząc nasze zbiory serwetek, deseczek, buteleczek, pędzelków i pudełeczek, westchnął tylko że my jak się już za coś zabierzemy to naprawdę na całego...

I tak na wszelki wypadek spytał, jakie jeszcze pasje przewiduję w najbliższej przyszłości.


.
Pocieszyłam go czym prędzej, że poza tkaniem na ramie tkackiej chyba o niczym już nie marzę, ale zaraz przypomniałam sobie, że mam w planach rozwinięcie moich umiejętności w dziedzinie biżu (marzy mi się bliższe zapoznanie z obróbką srebra), kusi mnie ogromnie filcowanie, ale niekoniecznie koralików, raczej większe gabaryty, szmaty, torby, filcowanie na jedwabiu itp, na emeryturę zostawię sobie już chyba scrappowe albumy, które ciągną mnie od dawna, ale na które zupełnie nie mam czasu w swojej obecnej rzeczywistości. No, z drugiej strony, dobrze jest coś sobie móc zostawić na potem... No i to z grubsza wszystko. Chyba ... ;)
.


Wracając do dekupażu, oto krótki streszczenie naszej działalności w ostatnich dniach:


.





.
Niezwykle wciągająca zabawa, nie muszę chyba mówić, że planów na kolejne pudełka, szufladki oraz wieszaczki mam całe mnóstwo :)

.

Zajmuje ta zabawa niewiarygodnie dużo czasu, oraz miejsca, zanim kolejna warstwa lakieru czy farby raczy wyschnąć, dobrze mieć pod ręką kolejne przedmioty czekające na pomalowanie. Całe szczęście że mamy gdzie się rozłożyć z tym naszym majdanem i zostawić ten bałagan na dłużej. To rozciągnięcie w czasie ma też swój urok, można sobie coś jeszcze wymyślić, wyobrazić, albo na przykład kompletnie zmienić koncepcję i wszystko zacząć robić od początku :)

.

Co do innych róbótek, bo rzucało mnie od jednej do drugiej, zabrałam się nareszcie za firankę do mojej przyszłej kuchni, która to kuchnia, mam nadzieję, będzie gotowa do użytku zanim firaneczkę wydłubię, bo zanosi się na kilka miesięcy szydełkwoego dłubania.

.

Zdjęcia nie zrobiłam, bo na planowane 3 metry długości mam chyba z 20 cm, na szczęście ma to być właściwie taki dłuższy lambrekin, podejrzałam wzór na jakiejś aukcji na allegro czy na pchlim targu, prościutki geometryczy, więc to tylko kwestia mojej cierpliwości i czasu...

.

Oczywiście i do kołowrotka udało mi się parę razu usiąść.

.

Z ostatnio pokazywanej czesanki
.

.
Wyszła mi piękna mieniąca się, trochę smutna kolorystycznie niteczka:
.
.
Zostawię tę włóczkę jako pojedynczą niteczkę, nie chcę żeby te przenikające się światłą i cienie gdzieś mi się zatraciły, choć oczywiście kusi mnie troszkę, żeby zobaczyć jak by wyglądała podwójnie skręcona ...
.
Ogromnie lubię to że właściwie do końca nie wiadomo co wyjdzie z ufarbowanej czesanki, najczęściej to miła niespodzianka, czasem spodziewam się zupełnie czegoś innego, ale w sumie świetna zabawa!
.
Próbowałam też trochę swoich sił w farbowaniu naturalnym, efekty jak zawsze RÓŻNE...
a oto te efekty:
.
.
Generalnie już pogodziłam się z faktem, że jakaś część farbowanej przeze mnie czesanki m u s i
wyjść zielonkawa, więc staram się skupić swoją uwagę na tych nie-zielonych :)
.
Ten rudy kolorek, to oczywiście niezastąpiona marzanna barwierska, oto jaka wełenka przędzie mi się teraz na kołowrotku :)
.
.
Tę będę na pewno łączyć w dwie nitki, ale chyba poczekam na kolejne farbowanie i spróbuję
zgrać ze sobą efekty połączenia dwóch odcieni. Zobaczymy.
.
No i to by było na tyle jeśli chodzi o moje urlopowe wyczyny.
.
Aha, byłabym zapomniała: hortensja kwitła długo i pięknie. Nie wyrzucę jej na kompost :)




11.7.10

Przystanek sto pięćdziesiąty



Moja hortensja już wie, że będzie różowa. Nie mogę się doczekać kiedy się wybarwi. Mam tylko nadzieje, że moim słonikom nie wpadnie do głowy jakiś głupi pomysł w związku z kwiatową grządką, bo już nieraz udowadniały że potrafią bez wysiłku przeskoczyć wszystkie ustawione przez nas płotki i zasieki. Ehh, nawet nie chcę pomyśleć co by było...

Tymczasem urlop się wziął i skończył. Jutro znowu do roboty. Staram się nie wpadać w depresję, całe szczęście że będę trochę wcześniej wracać do domu, no i póki trwają wakacje, wstawać też nie muszę o świcie!

Spędziłam ten urlop niezbyt pracowicie, no i fajnie - przynajmniej czuję się wypoczęta!
Z wielkich porządków w domu i ogrodzie nici, ale tu mogę winę z czystym sumieniem zrzucić na panujące upały, a nie na swoją niechęć do pracy. ;)

Biżutków nie tknęłam palcem, choć parę razy byłam naprawdę blisko. Jeden dzień bawiłam się z córcią w decoupage, zaczęte pracki leżą sobie i czekają na miłosierne stukrotne lakierowanie, jak już ono się dokona, to nie omieszkam się pochwalić. Ale to potrwa.

No i oczywiście farbowanie czesanek mnie pochłonęło na amen.

Oto co nowego na tym froncie:


Takie zwariowane kolorki sobie wrzuciłam do gara, wyszło całkiem ładnie, w naturze bardziej stonowane i takie jesienne.


Jak już uprzędłam to wyglądało to tak:



Jak zwykle za dużo zielonego mi wyszło, co ja mam z tym zielonym ciekawe. Zwłaszcza że zielonej farbki nie tknęłam, jedynie turkus, brąz i żółty.

Próbka 2-ply mi się średnio spodobała, więc postanowiłam połączyć to z miętowym buraczkiem i oto co mi wyszło:



W realu trochę bardziej zielone, zapomniałam położyć do zdjęcia zapałkę, ale wierzcie mi na słowo że jest dosyć cienka. Zrobię próbeczkę i pokażę. Nie zważyłam i nie zmierzyłam, ale trochę tego wyszło. Myślę że ładnie by wyglądało w połączeniu z ciemną zielenią, mam taką czesankę, zrobię sobie próbkę, jak tylko znajdę chwilkę czasu.

Pojedyncza niteczka też mi się bardzo podobała, nawet nie wiem czy bardziej.

Mam tak prawie zawsze, pojedyncze mają w sobie tyle uroku, niestety z uwagi na brak talentu do ażurów nie mam dla nich zastosowania :)

Tymczasem dziś rano rzuciłam się do kolejnego farbowania, mieszałam różowe z brązowym i szarym. Oto co mi wyszło:




Ciekawe jaka będzie nitka. Mam nadzieję że spodoba mi się tak jak ta ufarbowana czesanka, choć wiem, że może być różnie. Niesamowite jest to że tak jak nie można przewidzieć efektu farbowania, również następne etapy są właściwie zagadkami: jaka wyjdzie uprzędziona niteczka i jaka będzie podwójnie spleciona to dla mnie zawsze niespodzianka.
No ale o tym już na następnym przystanku.






6.7.10

Przystanek sto czterdziesty dziewiąty

Parę dni wolnego, staram się nadrobić zaległości, pozałatwiać dawno czekające sprawy, zająć się wszystkim po trochu, no i jeszcze choć trochę odpocząć...



Nareszcie postanowiła zakwitnąć moja przewieziona dwa lata temu z ogrodu na wsi hortensja, tam zresztą też nie chciała kwitnąć. W tym roku jej zagroziłam że wyląduje w kompoście jeśli nie zakwitnie. Chyba się na serio wystraszyła ... Bardzo się z tego cieszę :)

.

.
W ogóle piękne lato mamy w tym roku, ja akurat uwielbiam upały, nie narzekam na nie i nie jęcze. Tak szybko mijają te ciepłe pełne słońca dni, za chwile będzie po wszystkim i znów tyle miesięcy czekania na kolejną wiosnę ... Ehh...

.

A tymczasem zebrałam się wreszcie w sobie i uprałam "runo" moich kochanych szczekających alpaczek, pracowicie zbierane przez ostatnie miesiące :)
.

Tak wyglądała, jeszcze na sucho, pierwsza partia psiej wełenki:
.

.

A to już w kąpieli. Zapach mokrego psa - bezcenny ...
.
.

Litościwie i z premedytacją nie pokażę fotek tej kąpieli kiedy już psie runo się w niej trochę odmoczyło... Kolor wody był po prostu wstrząsający ...
.
Po upraniu mokre psie futro poukładałam na ławeczce w cieniu:
.
.
Dla zabezpieczenia przez rozwianiem tych kłaków po całym ogrodzie, nakryłam wszystko firanką...
.

.

W zasadzie nie lubię firanek, używam ich głównie do tzw. poruczeń specjalnych, np. do przykrywania zastawionego w ogrodzie stołu, żeby się muchy i osy nie pasły, albo do przykrywania stojących w pokoju kaktusów w czasie gdy po pokoju latają papugi, ot taka firankowa misja specjalna. No i, jak widać, przy tej okazji rownież się przydała.
.
A tak psie runo wygląda po wyschnięciu:
.
.
Jak widać, zabrałam się od razu do czesania na ręcznych zgrzebłach, robota to ciężka i nudna! Jaka szkoda że nie dorobiłam się jeszcze zgrzeblarki bębnowej, wyobrażam sobie jak pięknie i łatwo by mi to czesanie szło!
.
Tymczasem wyczesałam sobie zaledwie niewielką kupkę tej wełenki, bo to czesanie nie na moje obecne siły, ręce mi znowu szwankują, leniuchy jedne. No ale musiałam przecież spróbować!
.
Włoski są dość krótkie niestety, w końcu to jednak nie są prawdziwe alpaczki. Spróbowałam też uprząść troszkę wełny, wyszła mi trochę za bardzo skręcona, nie mam jej jeszcze na fotce, naprawię to. Ale co najważniejsze: da się prząść! I wychodzi wełna najprawdziwsza w świecie!
.
Trochę ostra, ale pewnie też dlatego że taka skręcona mi wyszła. Następnym razem spróbuję wolniej kręcić :)
.
Oczywiście w temacie przędzenia to nie jedyna moja działalność ostatnich dni. Pobawiłam się też trochę w farbiarkę.
.
Kolejna przymiarka do buraka, tym razem w towarzystwie siarczanu miedzi, dała w efekcie jedynie słuszny niezwykle buraczany kolor:
.
.
Aparat jakoś nie chciał zrobić fotki porządnie, ta wełna miała kolor mięty. Ot, taka sobie buraczana mięta...
.
Nie powiem, trochę się wkurzyłam, burak chyba chwilowo pójdzie w odstawkę, choć jak znam siebie i swój upór, to jeszcze będę go nękać, ale może troszkę później.
.
Próbowałam jakoś wyjść z honorem z tej sytuacji i dofarbowałam trochę różnych plamek:
.

.
Ale po uprzędzeniu wełenka jest nadal zielonkawa, tyle że się trochę mieni.
.

.
Odkładam ją na półkę i niech czeka na sobie grzecznie aż wymyślę z czym ją połączę w 2-ply, bo już nawet mam pomysł, ale nie mam czasu...
.
Nie mam czasu, bo farbuję dalej. Dziś sobie poszalałam z kolorami, tym razem z kolorami syntetycznymi, nareszcie jestem zadowolona z efektu, ale o tym opowiem na następnym przystanku, bo teraz się właśnie przędzie i jeszcze nie wiem co wyjdzie. Może jutro?
.

20.6.10

Przystanek sto czterdziesty ósmy

Ponieważ w oczekiwaniu na zakupione na allegro odczyniki, które "szły" do mnie jakoś wyjątkowo długo, odczuwałam nieodpartą potrzebę popełnienia kolejnego szalonego eksperymentu, nabyłam drogą kupna kilka chemicznych barwników do tkanin (oczywiście do dziś żałuję że nie kupiłam w Lądku sobie zestawu barwników Ashforda, tak jak Ela).

No i wypróbowałam je sobie, zamiast na białej, na jednej z moich na żółto pofarbowanych czesanek, bo oczywiście nie mogę nic zrobić w normalny, prosty sposób, muszę zawsze sobie trochę przekombinować.

Użyłam fioletu, brązu i turkusu. Chyba widać ? ;)))





No wiem, wiem, powinnam była farbować białą czesankę a nie juz ufarbowaną, ale sami wiecie, niektórzy ludzie już tak mają, że muszą sami wypróbować na sobie różne głupie pomysły, bo inaczej nie uwierzą że są one rzeczywiście do niczego. Ja tak właśnie mam, niestety.

Kolor tak naprawdę jest o wiele ciemniejszy, fotkę zrobiłam w pełnym słońcu więc wydaje się że jest znośny. Nie jest. Jest ciemny i dziwny ...

Co prawda, uprzędziona wełenka trochę zyskuje, ale oczywiście to nie tak miało wyjść ... :)))



W każdym razie, dalej twierdzę że zabawa jest przednia. Nawet jeśli wyniki eksperymentów nie są do końca zadowalające.

Przede mną parę wolnych dni, odczynniki stoją sobie grzecznie w sloiczkach i czekają na te moje wolne dni z równym utęsknieniem jak ja. Ojej, co to się będzie działo! Hehe, mam tylko nadzieję że nic mi w garnku nie wybuchnie :)

A tymczasem pozwólcie że przedstawię Wam mój nowy nabytek:





Tak, tak! Kupiłam sobie nowy kołowrotek!
Nowy to oczywiście zbyt wiele powiedziane, jest rzecz jasna raczej stary, wypatrzyłam go znowu na allegro, zakochałam się no i jest!
.





Już teraz wiem, że nie jest to mój ostatni kołowrotek, bo oprócz tego że kiedyś
n a p e w n o dokonam zakupu kontrolowanego i nabędę prawdziwą nowiutką Elizabeth Ashforda, albo któryś równie piękny i elegancki kołowrotek Kromskiego,
wiem że z pewnością pozwolę sobie jeszcze nieraz (o matko, co ja piszę!) ulec odruchowi szaleństwa i zakochać się w jakimś kolejnym ślicznym starociu ...
.
.
Być może nie powinnam tak publicznie się do tego przyznawać, tym bardziej że mój Mężuś kochany podczytuje sobie często mojego bloga, ale z drugiej strony kto jak nie on dołożyl mi się do tego ostatniego zakupu ?
.
Właściwie połowa kołowrotka jest jego :) Może zechce wraz ze mną inwestować w stare kołowrotki? Jak myślicie? ;-)
.
.
Choć za radą Eli obejrzałam sobie dokładnie zdjęcia aukcji, oraz poprosiłam o przysłanie kolejnych bardziej szczegółowych, do końca nie byłam pewna w jakim stanie będzie kołowrotek.
.
Jak to zwykle na allegro, mimo wszystko kupuje się trochę na wyczucie.
.
No i nie powiem, troszkę byłam zdegustowana, kiedy odkryłam że uchwyty które utrzymują na swoim miejscu wrzeciono wykonane są ... ze skóry ...
.
.


.
.

Nie zauważyłam tego na zdjęciach z aukcji, więc trochę się zdenerwowałam tym faktem, zwłaszcza że po złożeniu i pierwszym "zakręceniu" kołowrotek skrzypiał jak szalony, a wrzeciono kręciło się dość opornie.
.
.
Szczerze mówiąc nie sądziłam żeby smarowanie coś tu mogło pomóc. Ale, wyobraźcie sobie, pomogło! Napsikałam we wszystkie możliwe miejsca taką zwykłą oliwką w sprayu do zamków.
.
No i chodzi jak po maśle! Cichutko i leciutko. Wspaniale!
.
Nie wiem co prawda jak trwałe są takie skórzane "łożyska". Pewnie się kiedyś wyrobią. Ale będę się martwić dopiero wtedy. Póki co jestem bardzo zadowolona :)

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu