30.5.10

Przystanek sto czterdziesty szósty

Doczekać się nie mogłam tego weekendu, żeby móc się nareszcie pobawić moimi zbaweczkami :)



Sobotę spędziłam niezwykle pracowicie, udało mi się zająć wszystkim co lubię po trochu, czyli i ogródkiem, i biżutkami, i oczywiście kołowrotkiem.



Zabrakło mi co prawda czasu na ugotowanie obiadu, ale rodzinka, przekupiona pizzą z dostawą do domu jakoś mi to chyba wybaczyła. Dziś w nagrodę za cierpliwość dostali to co moje "tygrysy" lubią najbardziej, czyli schabowe z młodą kapustą i młodymi ziemniakami, więc pozbyłam się jakichkolwiek wyrzutów sumienia za wczoraj.



No a wczoraj dorwałam się wreszcie do mojego kochanego kołowrotka.



Chciałam się przekonać czy po pracy na cudownych "mercedesach" Ashforda, na których dane mi było prząść na warsztatach w Lądku, będę umiała z niego coś wykrzesać. I co? Okazuje się że nie jest on taki najgorszy!



Z czesanki farbowanej na warsztatach, którą dostałyśmy na pamiątkę do domu, uprzędłam sobie trochę takiej szalonej kolorystycznej wełenki. Ot, tak, dla zabawy :)









No, ale przede wszystkim, wreszcie zabrałam się za farbowanie, do którego ciągnęło mnie już od dawna, a na które przed warsztatami jakoś nie mogłam się zdecydować.



Niezła zabawa, zdaje się że będę miała kolejną szaloną pasję :)



Nie wiem czemu ubzdurało mi się, że wśród próbek Danieli widziałam piękny rudy kolor uzyskany z barwienia burakiem. Takim zwykłym, czerwonym. Nie wiem czy naprawdę tak było, ja w każdym razie postanowiłam od tegoż buraka zacząć.



Oczywiście po wygotowaniu buraków zobaczyłam piękny różowy kolorek wody do której miałam wrzucić czesankę. Więc w celu zakłócenia tej różowości, dorzuciłam do niej jak mi się wydawało, "odrobinkę kurkumy". Efekt uzyskałam taki:









Rewelacyjnie buraczany kolor, czyż nie ? Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym na tym poprzestała, więc natychmiast przygotowałam wywar z kawy i ufarbowałam czesankę ponownie. Oto co wyszło:






Pewnie tej kawy było za mało, nie chciałam wypaprać mężowi jego ulubionej kawki, a nie miałam pod ręką żadnej innej, więc wyszło jak wyszło.



Ale to nie koniec oczywiście!



Niezadowolona z efektu zaczęłam się nerwowo rozglądać po kuchni i przypomniało mi się że dawno temu zdarzało mi się farbować różne szmaty w herbacie. I zdaje się że wychodził całkiem sympatyczny rudawy kolorek. No to ciach, wrzuciłam tę nieszczęsną czesankę do wywaru herbacianego.



Efektu dziś nie pokażę, bo się jeszcze suszy, ale zdaje się że wyszło całkiem nieźle. Dla porównania, do herbaty wrzuciłam też kawałeczek czesanki białej, żeby zobaczyć czym się będzie różniła od tej kurkumowej. Hm, chyba nie ma wielkiej różnicy, ale ocenię to jeszcze przy dziennym świetle.



W każdym razie zabawa przednia, już teraz zaczynam szukać następnych pomysłów na naturalne barwniki.


Oczywiście w swoim czasie spróbuję pewnie też barwników syntetycznych, ale póki co, będę się bawić w zielarkę i sama sobie "warzyć" kolorki. Zastanawia mnie tylko problem ich trwałości, odporności na pranie i na światło.



No nic, zobaczymy będę musiała sobie ten temat przestudiować.



Biżutków, com je w sobotę zrobiła nie pokażę też dzisiaj, bo zwyczajnie zapomniałam zrobić fotki. Ale co się odwlecze to nie uciecze, zdążę się jeszcze nimi pochwalić.



Pokażę więc tylko co mi kwitnie w ogródku.



Niewiele tego i tak się składa że wszystko w takim samym, jedynie słusznym różowym kolorze:


Oto więc firletka:







Zawciąg:







Czosnek:







Oraz mój ukochany chwaścior, dla niepoznaki zwany kozłówką.







Niepozorna ta roślinka tak się u mnie rozrasta, że skutecznie zwalcza wszystkie inne przyzwoite byliny, które chciałyby sobie spokojnie rosnąć obok. Muszę ją trochę mitygować, ale serce mnie boli, bo kwitnąca kozłówkowa rabatka jest po prostu śliczna!

6 komentarzy:

  1. Aniu,pięknie wyglądają Twoje próbeczki! Buraka nie było;)
    Kawę kupuj najtańszą,byle dużo.Daniela do swojego garnuszka dala 250gram i chyba siarczan miedzi.

    Nie mogę się doczekać kolejnych, Twoich prób :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No cholercia, tego sie obawialam, widac tego buraka sobie sama wymyslilam :))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Aniu, ten buraczek to był, o ile pamiętam solo :) Może wełna po wyjęciu z buraczanego wywaru ciemnieje na powietrzu ? Dzisiaj u nas pada, więc zamiast pracy w ogródku, spróbuję z tym burakiem.
    Ja mam za sobą nieudaną próbę farbowania w padagryczniku. Może niezbędne są te chemikalia ?

    Wrzucisz posta na Prząśniczkę ?

    A swoja drogą te żółcienie ładnie wyszły, ale jak dla mnie są zbyt jaskrawe. Swoje "kurkumy" złamałam wywarem z mniszka lekarskiego.

    Pozdrowienia dla słoników i oczywiście domowników ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Basiu, Daniela miała wełnę farbowana w buraku, w koszyczku z próbkami. Zwróciłam na nią uwagę , bo lubię pomarańcze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Uff, Elu, przywracasz mi wiare w resztki moich komorek pamieciowych! czyli ze byl buraczek ??? No to w przyszly weekend bedzie druga proba :)) Jak dobrze ze mam sporo tej bialej czesanki :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Och, jaki wspaniały temat farbiarski:)))Te naturalne barwniki bardzo interesujące.Ja farbowałam czesankę wyłącznie chemicznie krakowskim Barwolem, tani i dobry paczuszka 1zł. Fakt, mało ekologiczny:)Jeśli mogę rzucić pomysłem, to na zielono ciekawy byłby szpinak, a na żółto szafran, tylko to droga przyprawa, ale kolor bardzo intensywny.Pozdrawiam cieplutko:)
    Ps. Bardzo miło było mi poznać Ciebie i Twoją córeczkę:)

    OdpowiedzUsuń

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu