6.7.10

Przystanek sto czterdziesty dziewiąty

Parę dni wolnego, staram się nadrobić zaległości, pozałatwiać dawno czekające sprawy, zająć się wszystkim po trochu, no i jeszcze choć trochę odpocząć...



Nareszcie postanowiła zakwitnąć moja przewieziona dwa lata temu z ogrodu na wsi hortensja, tam zresztą też nie chciała kwitnąć. W tym roku jej zagroziłam że wyląduje w kompoście jeśli nie zakwitnie. Chyba się na serio wystraszyła ... Bardzo się z tego cieszę :)

.

.
W ogóle piękne lato mamy w tym roku, ja akurat uwielbiam upały, nie narzekam na nie i nie jęcze. Tak szybko mijają te ciepłe pełne słońca dni, za chwile będzie po wszystkim i znów tyle miesięcy czekania na kolejną wiosnę ... Ehh...

.

A tymczasem zebrałam się wreszcie w sobie i uprałam "runo" moich kochanych szczekających alpaczek, pracowicie zbierane przez ostatnie miesiące :)
.

Tak wyglądała, jeszcze na sucho, pierwsza partia psiej wełenki:
.

.

A to już w kąpieli. Zapach mokrego psa - bezcenny ...
.
.

Litościwie i z premedytacją nie pokażę fotek tej kąpieli kiedy już psie runo się w niej trochę odmoczyło... Kolor wody był po prostu wstrząsający ...
.
Po upraniu mokre psie futro poukładałam na ławeczce w cieniu:
.
.
Dla zabezpieczenia przez rozwianiem tych kłaków po całym ogrodzie, nakryłam wszystko firanką...
.

.

W zasadzie nie lubię firanek, używam ich głównie do tzw. poruczeń specjalnych, np. do przykrywania zastawionego w ogrodzie stołu, żeby się muchy i osy nie pasły, albo do przykrywania stojących w pokoju kaktusów w czasie gdy po pokoju latają papugi, ot taka firankowa misja specjalna. No i, jak widać, przy tej okazji rownież się przydała.
.
A tak psie runo wygląda po wyschnięciu:
.
.
Jak widać, zabrałam się od razu do czesania na ręcznych zgrzebłach, robota to ciężka i nudna! Jaka szkoda że nie dorobiłam się jeszcze zgrzeblarki bębnowej, wyobrażam sobie jak pięknie i łatwo by mi to czesanie szło!
.
Tymczasem wyczesałam sobie zaledwie niewielką kupkę tej wełenki, bo to czesanie nie na moje obecne siły, ręce mi znowu szwankują, leniuchy jedne. No ale musiałam przecież spróbować!
.
Włoski są dość krótkie niestety, w końcu to jednak nie są prawdziwe alpaczki. Spróbowałam też uprząść troszkę wełny, wyszła mi trochę za bardzo skręcona, nie mam jej jeszcze na fotce, naprawię to. Ale co najważniejsze: da się prząść! I wychodzi wełna najprawdziwsza w świecie!
.
Trochę ostra, ale pewnie też dlatego że taka skręcona mi wyszła. Następnym razem spróbuję wolniej kręcić :)
.
Oczywiście w temacie przędzenia to nie jedyna moja działalność ostatnich dni. Pobawiłam się też trochę w farbiarkę.
.
Kolejna przymiarka do buraka, tym razem w towarzystwie siarczanu miedzi, dała w efekcie jedynie słuszny niezwykle buraczany kolor:
.
.
Aparat jakoś nie chciał zrobić fotki porządnie, ta wełna miała kolor mięty. Ot, taka sobie buraczana mięta...
.
Nie powiem, trochę się wkurzyłam, burak chyba chwilowo pójdzie w odstawkę, choć jak znam siebie i swój upór, to jeszcze będę go nękać, ale może troszkę później.
.
Próbowałam jakoś wyjść z honorem z tej sytuacji i dofarbowałam trochę różnych plamek:
.

.
Ale po uprzędzeniu wełenka jest nadal zielonkawa, tyle że się trochę mieni.
.

.
Odkładam ją na półkę i niech czeka na sobie grzecznie aż wymyślę z czym ją połączę w 2-ply, bo już nawet mam pomysł, ale nie mam czasu...
.
Nie mam czasu, bo farbuję dalej. Dziś sobie poszalałam z kolorami, tym razem z kolorami syntetycznymi, nareszcie jestem zadowolona z efektu, ale o tym opowiem na następnym przystanku, bo teraz się właśnie przędzie i jeszcze nie wiem co wyjdzie. Może jutro?
.

10 komentarzy:

  1. Ten "miętowy" burak śliczny. Jakbyś specjalnie chciała uzyskać taki kolor, to by Ci się nie udało :)

    OdpowiedzUsuń
  2. myślałam, że żartujesz z wełenką z piesków :D a tu jak rzekłaś JEST . zatkało mnie z podziwu :) a ta zielonkawa wełenka nawet..nawet :)
    będziesz zachwycona upały potrwają do końca lipca, ale 35 stopni to już przesada, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja droga, burak też jest zielony - to po prostu buraczane liście się ujawniły ;-) Eksperymentuj dalej, czekam na psi sweter (ten po ciotce jest już w fazie upadku całkowitego). Pozdrawiam, Ewa

    OdpowiedzUsuń
  4. Małgoha :) Z zamierzonych kolorów nic mi nigdy nie wychodzi, zaczynam sie z tym uczuciem oswajac, widocznie tak ma byc :)

    Di: żartować? W życiu! Tyle czesania i zbierania tych psich kudłów miesiącami i to miałoby się zmarnować? Co do upałów, to właśnie gdzieś sobie poszły. Mam nadzieje że tylko na chwilę.

    oslun: Będzie sweter, będzie. Już mężuś mi go nie daruje: obiecałam mu psi sweter, więc mu zrobię. Prędzej czy później. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Aniu, ten miętowy jest rewelacyjny. Właśnie taki kolorek jest mi potrzebny. Możesz napisać jak go uzyskałaś ? Może na Prząśniczce?

    OdpowiedzUsuń
  6. Przepiękny kolor wyszedł z tego buraczka:) Miałaś świetny pomysł, żeby dokolorować czesankę. I niteczka taka ładna, letnia. Dołączam do prośby Eli - chętnie bym spróbowała buraczanego farbowania, bo moje odczynniki już przyszły.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nigdy bym nie uwierzyła,że mięta jest z buraka :)
    Zresztą nieważne, jest czaderska!

    Mam jednak podejrzenie, że wpływ na to jaki kolor wychodzi zależy również od gatunku wełny.
    Farbowałam ( chemicznie ) w jednym garze dwa gatunki czesanki, moher i alpakę.Użyłam tylko jednego koloru i alpaka wyszła ciemno wrzosowa,a moher jagodowy,mocno jagodowy :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No jak zajrzałam do garnka to sama nie wierzyłam, że to jest kolor z buraka :) Pokażę go dziś wieczorem na Prząśniczce i napiszę dokładnie co i jak robiłam. Ale myślę ze Basia ma rację że każdy szczegół się tu liczy, rodzaj czesanki, woda, garnek ... Kapitalna zabawa z tym farbowaniem, kompletny odjazd :)

    OdpowiedzUsuń
  9. jestem pod wrazeniem welny z psiej siersci :) zupenie nie mialam pojecia,i w zyciu bym nie pomyslala ze jest to mozliwe,nawet na zdjeciu tego nie widac,ale jak poczytalam to faktycznie zrozumialam ze wszystko mozna uprzesc :)skierowala mnie na twojego bloga DI bo wlasnie wczoraj pisalam o kociej welnie,dowiedzialam sie o tym z programu o zwierzetach i tak mnie to zafascynowalo ze musialam o tym napisac :) :)

    OdpowiedzUsuń
  10. jestem pod wrazeniem welny z psiej siersci :) zupenie nie mialam pojecia,i w zyciu bym nie pomyslala ze jest to mozliwe,nawet na zdjeciu tego nie widac,ale jak poczytalam to faktycznie zrozumialam ze wszystko mozna uprzesc :)skierowala mnie na twojego bloga DI bo wlasnie wczoraj pisalam o kociej welnie,dowiedzialam sie o tym z programu o zwierzetach i tak mnie to zafascynowalo ze musialam o tym napisac :) :)

    OdpowiedzUsuń

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu