11.7.10

Przystanek sto pięćdziesiąty



Moja hortensja już wie, że będzie różowa. Nie mogę się doczekać kiedy się wybarwi. Mam tylko nadzieje, że moim słonikom nie wpadnie do głowy jakiś głupi pomysł w związku z kwiatową grządką, bo już nieraz udowadniały że potrafią bez wysiłku przeskoczyć wszystkie ustawione przez nas płotki i zasieki. Ehh, nawet nie chcę pomyśleć co by było...

Tymczasem urlop się wziął i skończył. Jutro znowu do roboty. Staram się nie wpadać w depresję, całe szczęście że będę trochę wcześniej wracać do domu, no i póki trwają wakacje, wstawać też nie muszę o świcie!

Spędziłam ten urlop niezbyt pracowicie, no i fajnie - przynajmniej czuję się wypoczęta!
Z wielkich porządków w domu i ogrodzie nici, ale tu mogę winę z czystym sumieniem zrzucić na panujące upały, a nie na swoją niechęć do pracy. ;)

Biżutków nie tknęłam palcem, choć parę razy byłam naprawdę blisko. Jeden dzień bawiłam się z córcią w decoupage, zaczęte pracki leżą sobie i czekają na miłosierne stukrotne lakierowanie, jak już ono się dokona, to nie omieszkam się pochwalić. Ale to potrwa.

No i oczywiście farbowanie czesanek mnie pochłonęło na amen.

Oto co nowego na tym froncie:


Takie zwariowane kolorki sobie wrzuciłam do gara, wyszło całkiem ładnie, w naturze bardziej stonowane i takie jesienne.


Jak już uprzędłam to wyglądało to tak:



Jak zwykle za dużo zielonego mi wyszło, co ja mam z tym zielonym ciekawe. Zwłaszcza że zielonej farbki nie tknęłam, jedynie turkus, brąz i żółty.

Próbka 2-ply mi się średnio spodobała, więc postanowiłam połączyć to z miętowym buraczkiem i oto co mi wyszło:



W realu trochę bardziej zielone, zapomniałam położyć do zdjęcia zapałkę, ale wierzcie mi na słowo że jest dosyć cienka. Zrobię próbeczkę i pokażę. Nie zważyłam i nie zmierzyłam, ale trochę tego wyszło. Myślę że ładnie by wyglądało w połączeniu z ciemną zielenią, mam taką czesankę, zrobię sobie próbkę, jak tylko znajdę chwilkę czasu.

Pojedyncza niteczka też mi się bardzo podobała, nawet nie wiem czy bardziej.

Mam tak prawie zawsze, pojedyncze mają w sobie tyle uroku, niestety z uwagi na brak talentu do ażurów nie mam dla nich zastosowania :)

Tymczasem dziś rano rzuciłam się do kolejnego farbowania, mieszałam różowe z brązowym i szarym. Oto co mi wyszło:




Ciekawe jaka będzie nitka. Mam nadzieję że spodoba mi się tak jak ta ufarbowana czesanka, choć wiem, że może być różnie. Niesamowite jest to że tak jak nie można przewidzieć efektu farbowania, również następne etapy są właściwie zagadkami: jaka wyjdzie uprzędziona niteczka i jaka będzie podwójnie spleciona to dla mnie zawsze niespodzianka.
No ale o tym już na następnym przystanku.






3 komentarze:

  1. Podobają mi się Twoje farbowane czesanki. Kipią od kolorów, tyle się w nich dzieje. No i pojedyncza nitka jest rzeczywiście urocza:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawda, że pojedyncza ładniejsza?
    Cieszę się że Ci sie podobają, ja bym tyko chciała choć częściowo umieć przewidzieć wynik w trakcie roboty :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepiękne Ci wychodzą te farbowania:)A jakie kulki filcowe by z nich były ślicznościowe:)
    U mnie tez po urlopie niestety, a tu znowu upały, pozdrawiam z pracowej niedoli:)))

    OdpowiedzUsuń

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu