Przystanek sto pięćdziesiąty drugi

No i rzeczywiście, trochę jakbym się wrzecionem ukłuła...

Nie żebym w letarg zapadła, ale jednak w coś chyba udało mi się wpaść, w wir jakiś, czy w kieracik codzienny taki, co to się kręci i kręci bez końca, z rzadka tylko zatrzymując się na chwilę...

Dobra, dobra, nie będę narzekać, co roku marudzę na przyjście jesienno-zimowej szarugi, więc tym razem cicho sza, a ten co mnie zna i tak wie, co ja o tym wszystkim myślę ... ;)

Pogoda co prawda piękna, nie da się narzekać, mogłoby tak być aż do wiosny...

No ale światła jest coraz mniej, zanim człowiek się z pracy do domu dotelepie, zanim trzódkę nakarmi, zanim słoniki na siusiu przegoni, to prawie nocka już zapaść zdąży i niewiele można w ramach wolnych zajęć zdziałać. Ze mnie żaden "nocny marek", bo bez dziennego światła kolorów dobrze nie widzę. Taka moja prywatna odmiana kurzej ślepoty :)

Tak więc tylko w weekendy próbuję wyszarpnąć sobie wolne chwile na działalność dowolną. No i mało tych chwil, oj mało. A że mnie ostatnio na oklejanie i pacykowanie całego świata wzięło, to proszę bardzo sobie zobaczyć co z tego wynikło:
.




.
.
Jak widać, wpadłam w małą manię zegarową :) A to jeszcze nie koniec, mam kolejne plany i pomysły w fazie mocno wstępnej, jak się wyklują to nie omieszkam ich tu pokazać.
.
Mania oklejania dopadła mnie w dobrym momencie, bo okazuje się że do mojej nowo częściowo-urządzonej kuchni przydałoby się parę drobiazgów, więc póki co, oprócz "oliwkowego" zegara, zmalowałam sobie też tackę na pieczywo
.
i pudełeczko na herbatki:


.
.
Jest oczywiście cała kuchenna kolejka, łącznie z szafeczką na przyprawy którą będę musiała z ciemnego brązu przemalować na biało, ale jak to z dekupażem bywa, kolejka do przodu posuwa się wolniutko, bo zanim sie coś pomaluje, zanim to wyschnie, zanim się znów pomaluje, zanim to znów wyschnie, zanim sie następne 5 razy pomaluje i zanim to wyschnie, to tydzień leci za tygodniem a przedmiotów do pokazania niewiele.

W międzyczasie zrobiłam jeszcze upominkowe pudełko na chusteczki, chustecznik w maki dla osoby o pięknym imieniu Begoña :) ...


I tak sobie pacykuję w wolne co poniektóre weekendowe chwile. I usiłuję nie wpadać w jesienne deprechy, bo co dopiero będzie w zimie... ojej...

Spytacie co u kołowrotka słychać. Ano stoi tu sobie obok mnie, na nim resztka ufarbowanej czesanki i dwie szpulki uprzędzionej wełenki, no i czekają grzecznie na swoją kolej, tak jak i cała reszta innych mojej "wolnej" działalności w fazie planów i odwleczeń. A ja, tak jak i one, nie tracę nadziei że niedługo i dla nich jakaś chwilka czasu się znajdzie...

:)

Komentarze

  1. To są absolutne cudeńka, Siostrzyczko :) Jak to jest, że za co się nie weźmiesz, to robisz to perfekcyjnie??? Pokaż kuchnię, pliiizzz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale się rozdekupażyłaś;))) Herbaciarka i tacka chyba najbardziej mi się podobają, ale wszystko bardzo pięknie się prezentuje. Miłego tygodnia, chociaż to poniedziałkowy ranek, brrr :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. ...i o letargu nie ma mowy :D to raczej trans tworzenia cudeniek :D pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozszalałaś się na całego! Przynajmniej szaruga ci nie w głowie;]

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podoba mi się taca :)Jestem ciekawa, czy są serwetki w motywy kołowrotków ?;)
    A co tam słychać u słoników ?

    OdpowiedzUsuń
  6. ja to napisze (a wlasciwie nie napisze) to, napisala nasza najmlodsza siostra - czego nie zlapiesz, to jakies slicznosci wykoncypujesz!

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajne rzeczy!
    To jest trochę jak grypa; prawie każdy musi przez to przejść.
    Co prawda mnie już minęło:), jakieś dwa lata temu, ale dekupażowe ingrediencje dotąd po domu się poniewierają.

    OdpowiedzUsuń
  8. Aaaaale mnie dowartosciowalyscie :) Dziekuje bardzo! Sama wiem najlepiej ze to nie zadne arcydziela, ale fajnie uslyszec takie mile slowa :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz