23.8.10

Przystanek sto pięćdziesiąty pierwszy

Lato, lato i po lecie ...

No, może jeszcze nie całkiem, ale nie da się ukryć, że jesień coraz bliżej. No cóż, przyjdzie się z tym faktem oswoić ... Staram się, naprawdę.
.


Ostatnie wolne dni też minęły, spędziłam je w domu, próbując jak zwykle uszczknąć wszystkiego po trochu. Prawie się udało :)
.


Najwięcej czasu spędziłyśmy z córą moją na dekupażowaniu. Niezła zabawa z tymi wyklejankami, a co gorsza, wciąga! Mężulek widząc nasze zbiory serwetek, deseczek, buteleczek, pędzelków i pudełeczek, westchnął tylko że my jak się już za coś zabierzemy to naprawdę na całego...

I tak na wszelki wypadek spytał, jakie jeszcze pasje przewiduję w najbliższej przyszłości.


.
Pocieszyłam go czym prędzej, że poza tkaniem na ramie tkackiej chyba o niczym już nie marzę, ale zaraz przypomniałam sobie, że mam w planach rozwinięcie moich umiejętności w dziedzinie biżu (marzy mi się bliższe zapoznanie z obróbką srebra), kusi mnie ogromnie filcowanie, ale niekoniecznie koralików, raczej większe gabaryty, szmaty, torby, filcowanie na jedwabiu itp, na emeryturę zostawię sobie już chyba scrappowe albumy, które ciągną mnie od dawna, ale na które zupełnie nie mam czasu w swojej obecnej rzeczywistości. No, z drugiej strony, dobrze jest coś sobie móc zostawić na potem... No i to z grubsza wszystko. Chyba ... ;)
.


Wracając do dekupażu, oto krótki streszczenie naszej działalności w ostatnich dniach:


.





.
Niezwykle wciągająca zabawa, nie muszę chyba mówić, że planów na kolejne pudełka, szufladki oraz wieszaczki mam całe mnóstwo :)

.

Zajmuje ta zabawa niewiarygodnie dużo czasu, oraz miejsca, zanim kolejna warstwa lakieru czy farby raczy wyschnąć, dobrze mieć pod ręką kolejne przedmioty czekające na pomalowanie. Całe szczęście że mamy gdzie się rozłożyć z tym naszym majdanem i zostawić ten bałagan na dłużej. To rozciągnięcie w czasie ma też swój urok, można sobie coś jeszcze wymyślić, wyobrazić, albo na przykład kompletnie zmienić koncepcję i wszystko zacząć robić od początku :)

.

Co do innych róbótek, bo rzucało mnie od jednej do drugiej, zabrałam się nareszcie za firankę do mojej przyszłej kuchni, która to kuchnia, mam nadzieję, będzie gotowa do użytku zanim firaneczkę wydłubię, bo zanosi się na kilka miesięcy szydełkwoego dłubania.

.

Zdjęcia nie zrobiłam, bo na planowane 3 metry długości mam chyba z 20 cm, na szczęście ma to być właściwie taki dłuższy lambrekin, podejrzałam wzór na jakiejś aukcji na allegro czy na pchlim targu, prościutki geometryczy, więc to tylko kwestia mojej cierpliwości i czasu...

.

Oczywiście i do kołowrotka udało mi się parę razu usiąść.

.

Z ostatnio pokazywanej czesanki
.

.
Wyszła mi piękna mieniąca się, trochę smutna kolorystycznie niteczka:
.
.
Zostawię tę włóczkę jako pojedynczą niteczkę, nie chcę żeby te przenikające się światłą i cienie gdzieś mi się zatraciły, choć oczywiście kusi mnie troszkę, żeby zobaczyć jak by wyglądała podwójnie skręcona ...
.
Ogromnie lubię to że właściwie do końca nie wiadomo co wyjdzie z ufarbowanej czesanki, najczęściej to miła niespodzianka, czasem spodziewam się zupełnie czegoś innego, ale w sumie świetna zabawa!
.
Próbowałam też trochę swoich sił w farbowaniu naturalnym, efekty jak zawsze RÓŻNE...
a oto te efekty:
.
.
Generalnie już pogodziłam się z faktem, że jakaś część farbowanej przeze mnie czesanki m u s i
wyjść zielonkawa, więc staram się skupić swoją uwagę na tych nie-zielonych :)
.
Ten rudy kolorek, to oczywiście niezastąpiona marzanna barwierska, oto jaka wełenka przędzie mi się teraz na kołowrotku :)
.
.
Tę będę na pewno łączyć w dwie nitki, ale chyba poczekam na kolejne farbowanie i spróbuję
zgrać ze sobą efekty połączenia dwóch odcieni. Zobaczymy.
.
No i to by było na tyle jeśli chodzi o moje urlopowe wyczyny.
.
Aha, byłabym zapomniała: hortensja kwitła długo i pięknie. Nie wyrzucę jej na kompost :)