27.3.11

Przystanek sto pięćdziesiąty dziewiąty

Miał być brzydki weekend, a tu cały czas słońce świeciło, więc zrobiłam parę zdjęć w ogródku. Na razie są tylko małe kolorowe plamki, ale bardzo cieszą oko :)


A tu już szykują się hiacynty



szafirki


i tulipany




Ukradli nam dziś co prawda godzinę wolnego czasu, ale za to dłużej będzie widno.

Lubię wracać do domu kiedy nie jest jeszcze ciemno. Jeszcze dzień wydaje się tak nie kończyć, jeszcze jest trochę wolnego czasu. A przynajmniej tak się nam wydaje, a to i tak dużo znaczy.


26.3.11

Przystanek sto pięćdziesiąty ósmy

Skoro Aronek opowiedział Wam na swoim blogu o swojej nowej kuchni, myślę że i ja powinnam zrobić to samo :)

Czekałam ja oj czekałam na tę kuchnię! Mieszkamy już tu ponad 4 lata i projekt "kuchnia" był cały czas w powijakach. Nawet nie będę pokazywać w jakiem pomieszczeniu się gnieździłam, musicie mi wierzyć na słowo honoru, że było dość strasznie. Dwa lata temu udało nam się zrobić remont nowego pomieszczenia, pokazywałam już te fotki, ale przypomnę:



I znowu nastała przerwa. Mieliśmy wielkie pomieszczenie, ale kaska się łaskawie skończyła i na meble nie zostało. Przez moment wahałam się czy nie wstawić tam po prostu naszych starych mebli, ale zwyciężył chyba rozsądek, a może wieloletnie tzw.życiowe doświadczenie, które mówiło mi że takie prowizorycznie ustawione stare meble mogą się tam rozpanoszyć i pozostać do końca świata ...
No więc nie. Wstawiliśmy tam tylko stół i przez dwa lata mieliśmy wielką i przestronną jadalnię. Pieski też były zadowolone, bo miały swoją sypialnie luksusowo wyłożoną kaflami, latem jest to najchłodniejsze i najprzyjemniejsze miejsce w domu...

Wszystko fajnie, dopóki zimą nie zamarzła nam w starej kuchni woda. Widać stare rury w ścianie były kiepsko ocieplone, w każdym razie koszmar zmywania w łazience po pięcioosobowej rodzinie będę "miło wspominać" przez parę jeszcze lat. Trwało to dobry miesiąc!

Nie ma to jak mobilizacja, przed następną zimą stanęliśmy na głowie i oto jest. Co prawda tylko połowa, bo na górne szafki będę jeszcze musiała chwilkę poczekać, ale dobre i to!


Właściwie i bez tych wiszących szafek jest nieźle, ale cała masa skorup czyli kubków, kieliszków i innych tego typu gratów nie ma gdzie się zmieścić, więc muszę trochę tu jeszcze zagęścić półkami oraz szafkami, ale to kiedyś tam. Na razie jestem baaardzo szczęśliwa z tego co mam :)

Piesy też. Mają wszystko pod nosem, kuchnia drzwi nie posiada, więc wolna amerykanka panuje względem tego kto, kiedy i gdzie.
.
.
No, chyba że mnie najdzie chętka na mycie podłogi, to wtedy psy lądują w przedpokoju, a wejście do kuchni muszę zagrodzić prowizorycznym płotkiem.

Misio znosi to wszystko w pokorze, a na minę Arona spójrzcie sami ...
.
.
Bieeedny piesek ... Jak ja w ogóle mogłam tak z nim postąpić?...

Aż mi samej wstyd! ;)))


A do nowej kuchni dostałam piękny talerzyk. Powiesiłam od razu, żeby było wszystko jasne:




Co zresztą nie jest do końca zgodne z prawdą, bo w nowej kuchni trochę więcej mam zapału do pichcenia, ale z drugiej strony lepiej się zaasekurować. Niech wszscy wiedzą. ;PP


Ponieważ talerzyk sam jeden był trochę za mały na dużej ścianie, dorobiłam mu ramkę i kalendarz:


A obok sobie wiszą moje dekupażowe wypocinki.




I jest jeszcze miejsce na całe mnóstwo następnych ... :)



25.3.11

Przystanek sto pięćdziesiąty siódmy


Takie dwa małe irysy zakwitły wczoraj w ogródku. Fotka kiepska, bo już przed wieczorem było, ale koniecznie chciałam zdjęcie zrobić, żeby pokazać jak sobie moje kwiatki już poczynają.
Co dzień to nowe radości. Eh wiosna, tyle trzeba było na ciebie czekać, ale opłacało sie ...
:)

22.3.11

Przystanek sto pięćdziesiąty szósty

Kwiatków ciąg dalszy, tym razem prosto z ogrodu.


Nasz oczar, którego jeden pęd zakwita jesienią na żółto, teraz pokazał piękne czerwone frędzelkowate kwiatki:



Hiacynty już się gramolą z ziemi:





Krokusów też już wszędzie pełno:
.



A żołte już zaczynają kwitnąć:
.


Jeszcze parę ciepłych dni i będę mogła pokazać moje czerwone tulipanki, które też już wylazły i lada moment będą chciały kwitnąć. Eh, ta wiosna, no po prostu ... cudna jest !




A tymczasem, Ania oczywiście dalej żyje w świecie filcowanych szmat...
.
.
To już chyba zmienia się w lekką obsesję.
.
.
Gdybym tylko miała trochę więcej czasu na swoje fanaberie, nie wyściubiałabym nosa z tych moich wszystkich skarbów, wełenek, czesanek, nitek i szmatek. No ale nie mam.
Na razie...
.
.
Tak więc wszystko robię na raty. Dwa weekendy temu wrzuciłam do farby kawałek gazy, koronkę, trochę czesanki i wełnianych kuleczek
.
.
.
.
W poprzedni weekend zebrałam wszystko do kupy i zabrałam się do roboty.
.
.
..
No i uturlał mi się taki szaliczek:
.
.
.
.
Wszystko byłoby super, gdyby nie moja ciekawość i zamiłowanie do eksperymentów, a może przede wszystkim choróbsko, które mnie dopadło w ostatni weekend.
.
Po pierwszym turlaniu szal wyszedł baardzo duży, niewiele mniejszy od początkowej wielkości gazy. Nie miałam już tego dnia więcej siły ani czasu na doturlanie drania (sprzątanie odwalić, obiad gotować i te sprawy, sami wiecie rozumiecie ...). No a w ten ostatni, zakatarzony weekend, na myśl że mam coś turlać i chechłać i miętosić robiło mi się jakoś nieciekawie...
.
No więc, Ania postanowiła wykorzystać moce sprzętu AGD i wrzuciła swój wieeelki szal do pralki ...
...
..
No i zobaczcie jak dziś wygląda, rozłożony na tym samy stole na którym był turlany...

..
.
Przyznać trzeba, że teraz jest naprawdę świetnie sfilcowany!
.
No cóż, eksperymenty mają to do siebie, że raz się udają a innym razem niezbyt ;)
.
Szal nie dość że się zmniejszył baaardzo radykalnie, to jeszcze nabrał twardości podeszwy, można by z niego zrobić a-poduszkę, b-torebkę, c-makatkę. Na pewno nie da już się nim otulić ...
.
Ale i tak go lubię! A co mi tam!



11.3.11

Przystanek sto pięćdziesiąty piąty

Obiecałam kwiatki i są kwiatki:
,


.
Kliwia, która niechętnie nam ostatnio kwitła, postanowiła tej wiosny uśmiechnąć się do świata pełną piękną gębusią. Nie mogę się na nią napatrzeć, ogromny sentyment mam do tych kwiatów. Śliczne, prawda ?
.
A teraz będzie o szaleństwie ...
.
Po zakupie drugiego mojego kołowrotka powiedziałam sobie, że następny kupię dopiero kiedy będzie mnie stać na nowiutkiego "mercedesa" od państwa Kromskich.
.
Ale cóż, choroba jest jednak nieubłagana...
..
To naprawdę było silniejsze ode mnie...
..
Słowo daję że długo się zastanawiałam, zanim zalicytowałam...
..
No i jest mój!
..
Oto on:
..

..
Jest śliczny. Maleńki i misternie wykonany, bardzo delikatny i baaaaardzo stary...
>.
..
Już po zakupie, kiedy kołowrotek stał w moim domu, napisałam do sprzedającego z prośbą o parę słów więcej o jego pochodzeniu. Niestety, poza tym że stary i że z Niemiec, Pan nie wiedział o nim nic więcej, ale podkreślił że drugi raz w życiu trafiło mu się takie cacuszko, a sprzedaje starocie od wielu lat i kołowrotków się przez jego ręce przewinęło kilkadziesiąt.
..
Cieszę się, że tak uważa, bo dla mnie to też jest prawdziwe cacuszko...
..

..
Ma kilka uszkodzeń, ułamane skrzydełko przy jednym z wrzecion, brak mu jednego fragmentu na górze i ma jeszcze jakieś drobne braki, jest też wyraźnie nadgryziony zębem czasu oraz korników, ale prawdę mówiąc jego urok jeszcze na tym zyskuje.
...
Co prawda, przyznaję, myślałam że sobie na nim czasem poprzędę, oczami wyobraźni już się widziałam jak zasuwam "na cztery ręce" na obu wrzecionach, nie pytajcie mnie JAK sobie to planowałam zorganizować, no a nie poprzędę bo szanowne cacuszko jest zbyt delikatne...
.
Nie zamierzam go też poprawiać ani odnawiać. Niech sobie stoi u mnie w kąciku i cicho wspomina dawne czasy swojej świetności...
.
A swoją drogą ciekawam kto na nim prządł wełnę przed laty, na początku ubiegłego stulecia, i jakich to ciekawych wydarzeń był świadkiem...
..
Następny jednak będzie dopiero "mercedes"...
:)

6.3.11

Przystanek wiosenny

Marzec to marzec!

Czas wyłazić z zacisznego kokonika, rozejrzeć się dookoła. Czas odkurzyć Przystanek.

Światła dziennego coraz więcej, słońce coraz śmielej przygrzewa, jeszcze chwila i śnieg będzie tylko wspomnieniem.

No to wyłażę.

Na początek małe przemeblowanie na Przystanku, trochę więcej światła i tutaj, mam nadzieję że będzie się Wam dobrze czytać :)

Na pierwszym wiosennym a tak naprawdę przedwiosennym przystanku powinnam pewnie pokazać jakieś kwiatki z mojego ogródka. A tu sniegowa pierzynka nie zlazła jeszcze z moich roślinek, choć udało mi się dziś podejrzeć startujące tulipanki. Może za tydzień się uda.

Trochę więcej słońca na świecie, to i mnie jakoś na duszy jaśniej i trochę bardziej chce mi się chcieć :)

W związku z tym odkurzam moje klamoty i zabieram się do radosnej twórczości.

Ostatnio myśli opanowane mam przez filcowe szaleństwo. Pochłonięta jestem nimi bez reszty, niestety głównie myślami, bo czasu wolnego mi nie przybyło i tylko parę godzin w weekendy mogę poświęcić na swoje robótkowe fabnaberie. W tygodniu tylko siedzę sobie wieczorami necie i z wypiekami na twarzy gapię się na to co robią inne "zafilcowane" maniaczki.

A moje skromne dokonania to raptem dwa nowe szale: ten pierwszy z samej wełenki, pozował do zdjęcia na jeszcze pełnej śniegu ogrodowej ławeczce,





A drugi, uturlany w ostatni weekend, to filc na jedwabnym szalu, a prawdę mówiąc na trzech wąskich szaliczkach, bo takie akurat miałam :)



No i przyznam się bez bicia: jestem z niego zadowolona :)
Nawet już go zdążyłam ponosić i sprawiło mi to naprawdę dużą przyjemność...

To rzecz jasna dopiero początek. Jak mania to mania. Jak już mnie bierze to na całego!
Plany mam jak stąd do Krakowa. A plany to przecież połowa sukcesu :))))

Nie zapomniałam też o innych robótkach, tu sobie dłubię powolutku na drutach fioletowy kubraczek, w międzyczasie czasem coś podmaluję czy podlakieruję i tak powoli klują się kolejne zdekupażowane drobiazgi, nawet udało mi się też sklecić ostatnio parę biżutków, tylko fotek jeszcze nie mam. Poprawię się.

Eh, żeby tylko człowiek miał więcej czasu dla siebie, to życie byłoby piękne ...
Nie, no życie generalnie JEST piękne. Nie narzekam!

Podczytuję sobie ostatnio książkę o sile jaka tkwi w podświadomości i staram się o tym na co dzień pamiętać. Nie n a r z e k a ć, nie zakładać że marzenia są nierealne. Ja wierzę że są jak najbardziej realne. Jak spojrzę na swoje życie, widzę że są. No to marzę dalej. Tym razem o tym żeby mieć dla swoich pasji dużo więcej czasu. Oj, chciałabym...

No nic, cieszmy się na razie z tego co jest.
Na przydkład z tego że nadchodzi już wiosna...

Dziś rano gruchała na drzewie sierpówka. Pierwszy raz od zeszłego roku. No i kto mi powie ze to nie wiosna ?..

:)

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu