Przystanek sto pięćdziesiąty ósmy

Skoro Aronek opowiedział Wam na swoim blogu o swojej nowej kuchni, myślę że i ja powinnam zrobić to samo :)

Czekałam ja oj czekałam na tę kuchnię! Mieszkamy już tu ponad 4 lata i projekt "kuchnia" był cały czas w powijakach. Nawet nie będę pokazywać w jakiem pomieszczeniu się gnieździłam, musicie mi wierzyć na słowo honoru, że było dość strasznie. Dwa lata temu udało nam się zrobić remont nowego pomieszczenia, pokazywałam już te fotki, ale przypomnę:



I znowu nastała przerwa. Mieliśmy wielkie pomieszczenie, ale kaska się łaskawie skończyła i na meble nie zostało. Przez moment wahałam się czy nie wstawić tam po prostu naszych starych mebli, ale zwyciężył chyba rozsądek, a może wieloletnie tzw.życiowe doświadczenie, które mówiło mi że takie prowizorycznie ustawione stare meble mogą się tam rozpanoszyć i pozostać do końca świata ...
No więc nie. Wstawiliśmy tam tylko stół i przez dwa lata mieliśmy wielką i przestronną jadalnię. Pieski też były zadowolone, bo miały swoją sypialnie luksusowo wyłożoną kaflami, latem jest to najchłodniejsze i najprzyjemniejsze miejsce w domu...

Wszystko fajnie, dopóki zimą nie zamarzła nam w starej kuchni woda. Widać stare rury w ścianie były kiepsko ocieplone, w każdym razie koszmar zmywania w łazience po pięcioosobowej rodzinie będę "miło wspominać" przez parę jeszcze lat. Trwało to dobry miesiąc!

Nie ma to jak mobilizacja, przed następną zimą stanęliśmy na głowie i oto jest. Co prawda tylko połowa, bo na górne szafki będę jeszcze musiała chwilkę poczekać, ale dobre i to!


Właściwie i bez tych wiszących szafek jest nieźle, ale cała masa skorup czyli kubków, kieliszków i innych tego typu gratów nie ma gdzie się zmieścić, więc muszę trochę tu jeszcze zagęścić półkami oraz szafkami, ale to kiedyś tam. Na razie jestem baaardzo szczęśliwa z tego co mam :)

Piesy też. Mają wszystko pod nosem, kuchnia drzwi nie posiada, więc wolna amerykanka panuje względem tego kto, kiedy i gdzie.
.
.
No, chyba że mnie najdzie chętka na mycie podłogi, to wtedy psy lądują w przedpokoju, a wejście do kuchni muszę zagrodzić prowizorycznym płotkiem.

Misio znosi to wszystko w pokorze, a na minę Arona spójrzcie sami ...
.
.
Bieeedny piesek ... Jak ja w ogóle mogłam tak z nim postąpić?...

Aż mi samej wstyd! ;)))


A do nowej kuchni dostałam piękny talerzyk. Powiesiłam od razu, żeby było wszystko jasne:




Co zresztą nie jest do końca zgodne z prawdą, bo w nowej kuchni trochę więcej mam zapału do pichcenia, ale z drugiej strony lepiej się zaasekurować. Niech wszscy wiedzą. ;PP


Ponieważ talerzyk sam jeden był trochę za mały na dużej ścianie, dorobiłam mu ramkę i kalendarz:


A obok sobie wiszą moje dekupażowe wypocinki.




I jest jeszcze miejsce na całe mnóstwo następnych ... :)



Komentarze

  1. Ale masz fajną kuchnię. I piekarnik na dobrej wysokości i szafki moje ulubione :) Cudnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nooooo, fajna kuchnia, a i psy szczesliwe :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. No to jeździć na rowerze możesz po tej kuchni!!!! Pięknie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Oooo, gratuluje :-) Swietny zlew masz. Kran mam podobny :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszę się że się Wam podoba :)
    Na rowerze nie jezdziliśmy jeszcze, ale z psami jest się gdzie ganiać :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajowa kuchnia a napis na obrazku zabawny!
    P.S. piesy górą nie skaczą?

    OdpowiedzUsuń
  7. Piesy niewątpliwie dałyby sobie radę z płotkiem, ale przy nas są na tyle przywoite że nawet nie próbują. A kiedy są same w domu to płotka nigdy nie ma, bo on tylko doraźny jest, od mokrej podłogi :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Piekna kuchnia i rzeczywiscie duuuza! AJK :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz