23.5.11

Przystanek sto sześćdziesiąty trzeci


Zastanawiam się ostatnio nad tym czemu właściwie służyć ma ten mój przystankowy blog. Cztery lata temu zaczęłam go pisać, ot żeby spróbować jak to jest być blogerem, no i... zdaje się... przyzwyczaiłam się... ;)

Ani ze mnie dobra pisarka, żeby te moje posty przyciągać miały setki czytelników, ani jakaś artystka, żeby chwalić się przed całym światem swoimi dokonaniami, ot po prostu czasem coś sobie skrobnę, czasem pokażę jakieś swoje wytworki, które robię bo po prostu lubię, choć z tym robieniem to bez przesady, bo i kiedy. A kiedy nie mam nic do powiedzenia, to po prostu nic nie piszę i tyle.



Codzienność w postaci kieraciku dom-praca-dom-praca nie pozwala specjalnie rozwinąć się w kierunku nazwijmy to twórczym, choćbym i chciała, a chciałabym oj chciała bardzo, gdybym tylko mogła mieć do swojej dyspozycji więcej niż te wyrwane siłą z domowego rozdzielnika parę weekendowych godzin. A czasem i tego się nie da wyrwać bo się nie da i już.



A kolejka w której stoją, a raczej leżą, bądź nawet trwają w zawieszeniu wszystkie moje wymarzone i zaplanowane prace, opasać by mogła równik ze dwa razy, ehh...


Z drugiej zaś strony, czyż to nie piękne, mieć przed sobą tyyyyyle jeszcze do zrobienia? Przynajmniej wiem że mi w życiu nuda nie grozi! :)

Głowę mam od dłuższego czasu całkowicie "zafilcowaną", pełną wspaniałych projektów i planów, ale cały czas w powijakach jestem jeśli o konkrety chodzi.

Od początku najbardziej fascynują mnie filcowe ciuchy, nieograniczone wręcz pole do popisu dla fantazji i wyobraźni. Nie mogę się napatrzeć na dzieła mistrzów w tej dziedzinie, a mam swoich ulubionych, oj mam :) Nawet zamierzałam wybrać się na filcowe warsztaty, ale chyba nie dam rady w tym roku już tych planów zrealizować, może za rok?...

Ostatnio więc odważnie za pierwszy w mojej filcowej działalności kubraczek się wzięłam, trochę po omacku, trochę na wyczucie, trochę podążając za wyczytanymi w sieci poradami. Oj naprawdę dużo się jeszcze będę musiała nauczyć!

No ale jest, już nawet prawie gotowy, wykończyć go jakoś muszę, więc fotek gotowego nie mam, ale pokażę go w fazie "puchatej", czyli w trakcie układania:








Trochę wariacko wygląda, ale zapewniam że po sfilcowaniu nie jest aż tak zwariowany. Jak tylko go wykończę, to nie omieszkam odpowiedniej fotki zamieścić w celu pochwalenia się, a jakże. I już wiem że do następnego zabiorę się trochę inaczej. Trzydziesty prawdopodobnie będzie już taki jak bym chciała ... ;-P


A wracając do tematu który poruszyłam na początku, myślę że w dużej mierze piszę tego bloga dla siebie, zaglądam przecież czasem na stare przystanki żeby przypomnieć sobie siebie i swoje myśli sprzed lat paru. I dla starych przyjaciół, którzy wiem że tu zaglądają od czasu do czasu, choć rzadko kto zostawi po sobie słówko, a szkoda...


No i dla nowych znajomych, których już zdążyłam i tych których jeszcze nie udało mi się poznać osobiście lub w cyberprzestrzeni, a którzy mam nadzieję też tu wpadają choć na chwilkę.


Ot tak sobie smęcę po nocy, sensu w życiu szukając, co nie zawsze się łatwo udaje, ale jak już człowiek trochę sam sobie do rozumu przemówić zdoła, to zaraz inaczej na świat patrzy, czego i Wam życzę rzecz jasna :)

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu