Przystanek sto siedemdziesiąty dziewiąty


Ehh, jesień pokazała nareszcie swe prawdziwe oblicze, zimno, mokro, wietrznie ... brrr....
I podobno to już zaraz grudzień?
Strasznie szybko przeleciało, i w sumie dobrze, nie lubię listopada, pewnie nie ja jedna.
Grudzień, jak to grudzień, przeleci szybko. Za styczniem też nie przepadam, trzeba będzie jakoś przetrzymać. Luty w przyszłym roku zdaje się dłuższy deczko będzie, ale mimo to jest najkrótszym miesiącem więc ma szybko upłynąć i już. A zaraz potem marzec ... huraaa! :)

I tym właśnie sposobem próbuję ratować się przed jesienno - zimową chandrą. Może jakoś się uda...

Nie skończyłam czarnokociego swetra, może za tydzień się uda. Niewiele w ogóle zdziałałam w weekend, bo nie wiedzieć czemu, jeśli w ogóle dopada mnie migrena, to właśnie w weekendy się zdarza. Fatum takie migrenowe. Albo wpływ księżyca. 
No i sobota cała poszła się bujać...

Dziś za to znowu światła dziennego nie było. Umiliłam sobie życie takimi oto drobiażdżkami:



Agrafa do przypięcia wiecznie rozwijającego mi się szalika. Jutro ją wypróbuję. Ciekawe kiedy ją gdzieś zgubię ...



Smocza zakładka dla Mężusia. Z czerwonym howlitem. Już dawno obiecana, nareszcie znalazłam chwilkę.  Zrobiłam jeszcze jedną, niebieską, z sodalitami, ale fotka kiepsko wyszła, więc innym razem pokażę. Albo i nie, bo ona w świat idzie :)



A to znowu howlit, oj naczekał się on w szufladce na swoją kolej... A tu proszę, okazuje się że ładnie wygląda razem z szarym agatem. No to trzasnęłam sobie naszyjnik. Taki zwyczajny. Jak dobrze pójdzie, to też go jutro wypróbuje :) A tu z bliska howlitowy smoczy urok:


Po południu sumienie mnie ruszyło, wszak weekend bez filcu to weekend stracony, i wzięłam się nareszcie za dorabianie rękawów do mojej dawno ufilcowanej czarnej kamizeli. Myślałam że raz dwa mi to pójdzie, ale gdzie tam!... Masowałam i masowałam, mydliłam i wodę lałam, wyrównywałam i poprawiałam, dziury łatałam i  znowu masowałam, ehhh, ile z tym roboty!...

A jak już wydawało mi się że prawie koniec, to okazało się że w jednym miejscu się "szwy" rozlazły... Ale kto mnie zna choć trochę, to wie, że łatwo nie popuszczę, więc podręczyłam ją jeszcze trochę i gotowe! Wisi teraz biedaczka i się suszy, a ja, jeszcze większa biedaczka, rąk zupełnie nie czuję... Ciekawe co będzie jutro...

Fotki się pstrykną oczywiście przy najbliższym dostępie do dziennego światła. Zobaczymy wtedy co z tego  wyszło, bo jeszcze sama dokładnie nie wiem.

A jutro kolejny poniedziałeczek. Hm... I jak tu w deprechy nie wpadać...
Zna kto może jakiś prosty sposób na polubienie poniedziałków?



Komentarze