29.4.11

Przystanek sto sześćdziesiąty drugi


Tak, to jest właśnie ta pora roku, którą najbardziej lubię!

W ogóle już nie wierzę że istnieje zima!

Zima?... Neeeeeeee...

;)




Święta sobie minęły, a teraz przed nami majówka, kolejne parę dni odpoczynku od codziennego kieraciku. Jak zawsze naobiecywałam sobie cudów, zdając sobie przecież sprawę z tego że zawsze jest to samo, wolny czas ma właściwości obkurczające (się). Więc nie ma się co dziwić że z wielkich planów jak zawsze realizują się tylko małe planiki ...


Jak tak sobie pobiegam po różnych Waszych i nie Waszych blogach, to mam wrażenie że wszyscy inni mają jakoś więcej czasu na tzw. zajęcia własne. Co rusz jakaś nowa robótka skończona, tu jakiś biżutek, tam filcowe cudo, sweterki na drutach, ozdóbki do domu, no po prostu czasem tylko zazdrość człowieka skręca, że on tak szybko i tak dużo nie potrafi.


No cóż, westchnąć tylko mogę, może na przysłowiowej emeryturze nie zabraknie mi weny twórczej i będę miała jeszcze chęci i siły żeby coś sobie wydłubać. Tylko że do tej przysłowiowej to jeszcze parę ładnych latek biegania w kieraciku przede mną. W sumie nie ma się do czego śpieszyć, ostatnio jakby z większym szacunkiem czas zaczęłam traktować, kiedy okazało się że kolejne okrągłe i baaaardzo poważnie brzmiące urodzinki nadciągają w tym roku nieuchronnie ... oj nieuchronnie !...


No więc postanowiłam że do emerytury śpieszyć się zanadto nie będę. No chyba że ktoś chciałby mnie taką obdarować niezasłużenie, już od dziś na przykład. Oczywiście biorę! :)


Tymczasem ostatnio niespodziewanie kulinarne zapędy mnie opanowały, niezbyt gwałtowne, o nie, te czasy mam chyba za sobą. Ot, takie małe kulinarne fanaberie w postaci domowego żurku na własnym zakwasie ...




oraz pysznych bułeczek z ziarenkami słonecznika, podrzuconych mi przez koleżankę a znalezionych przez nią w Pracowni Wypieków . Przepis prosty i nie pracochłonny, a bułeczki pyszne!




Nie ukrywam że nabrałam apetytu na kolejne próby piekarniane, ale ponieważ nowe doznania trzeba sobie dawkować, ciąg dalszy z pewnością nastąpi ... w odpowiednim momencie...





Nie mogę się też nie pochwalić moim kolejnym kołowrotkiem ...





Nie, naprawdę nie zwariowałam doszczętnie! To prezent. Niespodziewany i nie zamawiany.

Tym bardziej miły sercu i naprawdę śliczny, choć raczej nie popracuję sobie na nim :) Ma ok 20 cm wysokości, więc zmieścił się bez trudu w moim zagraconym pokoiku.

Coś tam jednak sobie od czasu do czasu dłubnę tu i tam, a to nowy biżutek, a to z dziesięć rzędów wdzianka na drutach, którego kształt ostateczny poznam jak je kiedyś wreszcie skończę, coś tam mi się też dekupażuje po troszku, z prędkością dwóch warstw lakieru na tydzień, tempo zaiste zawrotne! No ale już tak mam.

Jedyne co ostatnio zrobiłam od początku do końca, to kolejny szal filcowany na jedwabiu. Tym razem udało mi się nie pójść na skróty i nic nie wrzucałam do pralki, więc nie jest betonowy, a miękki i przyjemny w dotyku.




Jak widać, jest dwustronny, sama do końca nie wiem która jest prawa a która lewa. Może nie trzeba tego rozstrzygać tak do końca?..







Sama też nie wiem która strona mi się bardziej podoba, ale staram się nad tym nie zastanawiać, by moje wrodzone malkontenctwo z wyników własnej pracy nie doszło do głosu i nie zawyrokowało głośno że tak naprawdę to żadna z nich nie jest w moim stylu ani kolorystyce...


Potraktuję go więc jako kolejny etap nauki, a że dzięki tym "kolejnym etapom" stanę się wkrótce posiadaczką całkiem pokaźnej kolekcji szali, to przecież zupełnie nie szkodzi ... ;-)


4.4.11

Przystanek sto sześćdziesiąty pierwszy

No i zaczęło się: do wachlarza weekendowych rozrywek lub jak kto woli "zajęć własnych" doszły znów prace ogrodowe...

Nie żebym marudziła, o nie, bardzo sobie lubię tak pokicać między roślinami na świeżym powietrzu, tylko ja się pytam: czemu nikt nie przedłuża wiosną weekendu?!

No jakoś nikt na to nie wpadł jeszcze, zupełnie nie rozumiem dlaczego...

W związku z tym, w efekcie mojego pierwszego w tym roku ogrodowego kicania zabrakło mi czasu (i siły, nie bójmy się tego powiedzieć) na inne twórcze rozrywki.

Całe szczęście, że w poprzedni weekend biżutkowy komplecik sobie skleciłam, z pięknych kolorowych kamyczkow turmalinu, to choć mam co pokazać oprócz kwiatów, kwiatków i kwiatuszków, którymi Was ostatnio raczę do upadłego...


.


Bardzo lubię turmalin, ale choć zgromadziłam te kamyki już dawno, nie mogłam się na nic konkretnego zdecydować. Musiały się odleżeć aż samo mi coś przyjdzie do głowy. No i, jak widać, przyszło :)


Mam takich ulubionych kamieni jeszcze sporo. Przeglądam je czasem wszystkie, wyjmuję z torebeczek, nawlekam, dobieram, przymierzam i ... chowam. Niech czekają dalej. Kiedyś się doczekają i one.

No i obiecane kwiatki :) Bardzo przepraszam, ale nie potrafię się oprzeć chęci pokazania ich Wam. Cieszę się z każdego rozkwitającego kwiatka, tyle czasu na nie czekałam! .

To jeszcze inne wczesne tulipany, aż się rwą do słoneczngo światła:

Fiołki, najpiękniejszy chwaścik wśród moich chwaścików, rośnie ich u mnie pełno, nie mam serca się ich pozbywać, bo przez ten jeden jedyny moment w roku odpłacają się wyglądem za swoją żarłoczność w zajmowaniu miejsca innym małym roślinkom :)

Przylaszczki, od niedawna w moim ogródku:

. A tu kilka hiacyntów już wychyla się na światło dzienne:

I kolejny mój ulubieniec, czerwony ciemiernik.




Zdjęcia trochę kiepskie, bo stado kudłatych słoni raczyło stratować trochę moje kwiatki, pomimo płotków które ustawiliśmy w ubiegłym roku. Cieszę się doprawdy, że nie próbowały ich przesadzać, tak jak miało to miejsce w przypadku jednego pięknego berberysa oraz perukowca który niejeden już kryzys przeżył, ale nie wiem czy przeżyje radosną twórczość ogrodniczą moich kochanych piesków...

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu