30.11.11

Przystanek sto osiemdziesiąty


No i dorobiłam wreszcie te nieszczęsne rękawki do mojego pierwszego w życiu kubraczka. Trochę  nierówne, trochę je jeszcze muszę "podrasować", ale najważniejsze że już są!


Trochę mi on smętny wyszedł, będę chyba jeszcze myślała o jakimś wykończeniu, co by go trochę rozweselić. Może coś naszyć? No nie wiem, podumam sobie nad nim.
Bałam się trochę, że po ufilcowaniu kubrak będzie na mnie za mały, ale okazuje się że jakoś się w niego wciskam, huraa :)

Niespodziewanie los obdarował mnie kilkoma wolnymi dniami, więc sami rozumiecie, że muszę ten podarek dobrze wykorzystać, zwłaszcza że dolegliwość moja nie wymaga leżenia pod kołdrą. Tak więc dziś właśnie dopadła mnie wena na coś co od lata zalegało na dnie kosza ze szmatami do przerobienia :)




Wcale nie złośliwie, pokażę tylko dwa kawałeczki, ot tak tylko trochę Was "zanęcę", bo fotki zrobione przy sztucznym świetle nie chcą pokazać prawdziwych kolorów.

Ciąg dalszy w następnym przystanku :)

27.11.11

Przystanek sto siedemdziesiąty dziewiąty


Ehh, jesień pokazała nareszcie swe prawdziwe oblicze, zimno, mokro, wietrznie ... brrr....
I podobno to już zaraz grudzień?
Strasznie szybko przeleciało, i w sumie dobrze, nie lubię listopada, pewnie nie ja jedna.
Grudzień, jak to grudzień, przeleci szybko. Za styczniem też nie przepadam, trzeba będzie jakoś przetrzymać. Luty w przyszłym roku zdaje się dłuższy deczko będzie, ale mimo to jest najkrótszym miesiącem więc ma szybko upłynąć i już. A zaraz potem marzec ... huraaa! :)

I tym właśnie sposobem próbuję ratować się przed jesienno - zimową chandrą. Może jakoś się uda...

Nie skończyłam czarnokociego swetra, może za tydzień się uda. Niewiele w ogóle zdziałałam w weekend, bo nie wiedzieć czemu, jeśli w ogóle dopada mnie migrena, to właśnie w weekendy się zdarza. Fatum takie migrenowe. Albo wpływ księżyca. 
No i sobota cała poszła się bujać...

Dziś za to znowu światła dziennego nie było. Umiliłam sobie życie takimi oto drobiażdżkami:



Agrafa do przypięcia wiecznie rozwijającego mi się szalika. Jutro ją wypróbuję. Ciekawe kiedy ją gdzieś zgubię ...



Smocza zakładka dla Mężusia. Z czerwonym howlitem. Już dawno obiecana, nareszcie znalazłam chwilkę.  Zrobiłam jeszcze jedną, niebieską, z sodalitami, ale fotka kiepsko wyszła, więc innym razem pokażę. Albo i nie, bo ona w świat idzie :)



A to znowu howlit, oj naczekał się on w szufladce na swoją kolej... A tu proszę, okazuje się że ładnie wygląda razem z szarym agatem. No to trzasnęłam sobie naszyjnik. Taki zwyczajny. Jak dobrze pójdzie, to też go jutro wypróbuje :) A tu z bliska howlitowy smoczy urok:


Po południu sumienie mnie ruszyło, wszak weekend bez filcu to weekend stracony, i wzięłam się nareszcie za dorabianie rękawów do mojej dawno ufilcowanej czarnej kamizeli. Myślałam że raz dwa mi to pójdzie, ale gdzie tam!... Masowałam i masowałam, mydliłam i wodę lałam, wyrównywałam i poprawiałam, dziury łatałam i  znowu masowałam, ehhh, ile z tym roboty!...

A jak już wydawało mi się że prawie koniec, to okazało się że w jednym miejscu się "szwy" rozlazły... Ale kto mnie zna choć trochę, to wie, że łatwo nie popuszczę, więc podręczyłam ją jeszcze trochę i gotowe! Wisi teraz biedaczka i się suszy, a ja, jeszcze większa biedaczka, rąk zupełnie nie czuję... Ciekawe co będzie jutro...

Fotki się pstrykną oczywiście przy najbliższym dostępie do dziennego światła. Zobaczymy wtedy co z tego  wyszło, bo jeszcze sama dokładnie nie wiem.

A jutro kolejny poniedziałeczek. Hm... I jak tu w deprechy nie wpadać...
Zna kto może jakiś prosty sposób na polubienie poniedziałków?



20.11.11

Przystanek sto siedemdziesiąty ósmy


Odpukać w niemalowane drzewo, zima jakoś nas nie chce jeszcze nawiedzić, i bardzo dobrze.

Tak sobie myślę po cichutku, że im dłużej nie będzie mrozu i śniegu, tym szybciej przyjdzie wiosna, ot taka głupiutka moja nadzieja, oby się jak najdłużej udało bez zimy przeżyć! ...

No to na przekór zimie, parę wiosennych kwiatków :)


Na razie tylko parę zrobiłam, tak na początek, ale mam chęć pobawić się jeszcze małymi formami, takimi które można sobie wydłubać w pół godzinki a przyjemności i tak jest co niemiara :)

Tymczasem oczywiście nowy szaliczek się sfilcował, fotka niestety więcej niż kiepska, i tylko jedna, bo nic więcej  się nie udało wybrać.

No ale mniej więcej widać co tym razem zmalowałam.
 

Tak naprawdę szalik jest w kolorze ecrú i wygląda troszkę ładniej, bez takich dużych kontrastów.
Ehh, jak długo można żyć bez światła dziennego???...

Zima pewnie jednak w końcu nadejdzie, więc przerwałam drutowanie Córcinego czarnokociego swetra i szybciutko machnęłam urodzinowy zimowy komplecik dla Synusia:



Dość kiepsko fotografuje się czapkę na manekinie bez głowy :)

W każdym razie machało się szybko, bo druty chyba jedenastki, a i tak żałowałam że nie mam grubszych bo może byłby jeszcze bardziej miękki. No ale jest cieplutki bo to wełna pomieszana z wełną. Synuś mi nie zmarznie :)

Sobie też powinnam pewnie coś na głowę wydrutować, ale pierwszeństwo ma kot czarny, który już jest właściwie do połowy zrobiony, więc może będę się miała czym pochwalić na następnym Przystanku...




13.11.11

Przystanek sto siedemdziesiąty siódmy

Jeszcze chwila i będę musiała zmienić tytuł bloga na "SZAL-eństwa pani Ani". Wciąż tylko szale i szale, co za nuda ...







Miało być co prawda bez roślin, ale... no trudno, nie udało się ...  :)

Dziś kolejna wolna chwila, ale za to chyba w ogóle nie było światła...

Miałam kolejne SZAL-one zamiary, ale kiedy zauważyłam, że mam problem z dopasowywaniem kolorów, dałam sobie spokój.

Wykorzystałam za to moją "wolną godzinkę" na zabawę z kwiatami.
Zabawne, ale nigdy dotąd nie próbowałam robić filcowych kwiatów, zawsze mnie bardziej ciągnęło do form powiedzmy nieco bardziej użytkowych, więc od razu rzuciłam się na szale.

Dziś za to był właśnie dzień kwiatowy. Na przekór jesiennej szarudze, a co! :)

Całkiem sympatyczna zabawa, fotki tylko dwie, bo bez światła to tylko takie gniotowate fotki wychodzą:




Reszta kwiecia pokaże się jak tylko upolujemy choć jeden promyczek słońca...

Poza międleniem kwiatków wykonywałam dziś również inne równie ciekawe prace, między innymi grabienie liści w ogrodzie, chyba ostatni moment, o ile nasi jak zawsze nieomylni meteorolodzy mają rację zapowiadając opady... brrr... śniegu ...

Nie pogniewacie się więc chyba na mnie, za mało pisania, ręce jakby nie te ...   ;)



6.11.11

Przystanek sto siedemdziesiąty szósty


Całe szczęście że w ubiegły weekend byłam pracowita, mogę coś tu wkleić i pokazać. Bo dziś dopadła mnie zmora bez-natchnienia... Koszmar...

Właściwie mam pomysł na nowego nuno-filcaka  już od paru dni, kokosi mi się on po głowie i tylko szczegóły muszą się poukładać, ale jak to zawsze u mnie, szczegóły zwykle układają się na samym końcu, tak jakby same, bez mojego udziału. No i ten pomysł nawet bardzo mi się podoba...

No ale cóż mam zrobić, dzisiejszy dzień okazał się jakiś niemrawy. Czy to zima idzie, czy po prostu wczoraj za dużo kicałam przy otulaniu roślin na tarasie i się przekicałam, kto wie...

Czując że z filcowania nici, usiadłam nawet na chwilę do biżutkowego warsztatu, ale i to mnie nie wciągnęło. Skończyło się na książce i drutowaniu Córcinego sweterka. Tył już jest, teraz zabieram się za kota ...

No to tymczasem pokażę ostatni liściasty szal, przynajmniej na razie. O taki on jest:




Elu dobrze zauważyłaś, że te ostatnie jedwabie są trochę inne. Bardzo podoba mi się ostatnio surówka jedwabna, te nierówne nitki, ten szantungowy połysk, po filcowaniu nitki często układają się w pajęczynkę, tworząc taką nierówną, poszarpaną strukturę. Powiedziałabym tu chętnie "lubię to", gdyby nie fakt, że mam coraz większą awersję do używania tego "fejsbukowego" zdania ...

Eh, mam przeczucie, że dzisiejszy leśny spacer był ostatnim tak malowniczym jesiennym spacerem, liści jeszcze trochę zostało na drzewach, te co spadły układały się pod nogami w malownicze dywany...
Dziś już wiał trochę mocniejszy wiatr, pewnie do przyszłego weekendu zwieje wszystko z drzew, potem przyjdzie listopadowa plucha i koniec malowniczości... ehhh ....

No ale póki co, specjalnie dla Was, Aronkowy jesienny uśmiech znad liściastego dywanu:



1.11.11

Przystanek sto siedemdziesiąty piąty


Ten jedwabny szal uważałam za brązowy. Do czasu gdy próbowałam dopasować do niego różne beżowe i brązowe czesanki i okazało się że jedyna której kolor ładnie współgra z szalem jest różowa ...

Co prawda Mężulek podsumował kolor całości na "sprany i nijaki, po prostu taki jakiś brudny róż", ale od lat prawie trzydziestu wiem że z facetami o kolorach nie ma co rozmawiać ... 

Mnie się oczywiście podoba :)






Ufff, jaka to wielka ulga mieć Mańkę do pozowania... Ona jest zawsze do zdjęć gotowa, nie musi się uczesać ani umalować, miny jej dziwne nie wychodzą, super po prostu!

Kolejny szal już gotowy, suszy się właśnie i dopiero jutro przy dziennym świetle zobaczę jak naprawdę wygląda. Tym razem będzie brązowy. Motywy znowu liściaste. Chyba sobie zrobię znowu mały odpoczynek od roślinności i rzucę się następnym razem w jakąś abstrakcję albo co.  Parę pomysłów mi po głowie chodzi, może coś z tego będzie.

Tak sobie myślę, może dzięki tym moim filcom, dziesiątkom pomysłów które mam na następne weekendy, uda mi się w tym roku nie zapaść w sen zimowy?.. No bo kiedy ja mam to wszystko zrobić, jak nie teraz, kiedy szale, poncha i inne otulacze są do życia niezbędne!

No nic, w każdym razie będę się starać nie zapaść.