Przystanek sto dziewięćdziesiąty siódmy


Żeby było inaczej niż zawsze, wiosnę przywitałam w tym roku koszmarną grypą. Znikłam na dwa tygodnie ze świata, pierwszego tygodnia właściwie nie pamiętam, bo głównie spałam, no a przez drugi tydzień dochodziłam powoli do siebie... 
Nie byłabym sobą, gdybym tego drugiego tygodnia nie wykorzystała dla prac ręcznych. Leżeć pod kołdrą już mi się nie chciało, za to zachciało mi się  d z i a ł a ć...

Ufilcowałam oczywiście parę szaliczków, ale pokażę je w następnym Przystanku, a dziś tylko taka mała zajawka:




Tyle mi się szaliczków uzbierało! Oczywiście nie wszystkie są grypowe, parę już pokazywałam, ale tak fajnie razem wyglądają, jak na jakim kramiku, nie mogłam się powstrzymać przed machnięciem fotki im wszystkim razem :)

W świecie koralików mały zastój, troszkę uplotłam, troszkę musiałam podpruć, znów troszkę uplotłam,  nieco potrwa zanim będę się mogła pochwalić jakimś konkretem, tymczasem więc tylko kolczyki pokażę, odgapione z pięknej książki "Cube bead stitching". Eh, ile tych pięknych książek chciałabym mieć, święty Mikołaj ma zapewnioną moją bardzo długą wish list, chyba do końca mojego żywota! 







Na pół-siedząco pół-leżąco, zakopana w koce na kanapie, wydrutowałam sobie wreszcie torbę do ufilcowania w pralce Od dawna miałam na to chrapkę, ale ponieważ chrapkę mam na sto tysięcy różnych rzeczy do zrobienia, ta torebkowa jakoś tak ciągle szła w zapomnienie.

Aż zajrzałam na bloga Zdzid i zachwyciłam się jej kolejną ufilcowaną drutową torebką. Zaraz złapałam się za druty, oraz pierwszą wełnę jaka mi wpadła w ręce, jasnoszary szetland, z którego w grudniu robiłam córci Czarnokoci sweter.

Druga wełna, ta kolorowa, to jakiś no name z dawnych zakupów na allegro, byłam na 100% że to czysta wełna, więc oczywiście nawet nie zrobiłam próbki.

No i tak wyglądała moja "torebusia" po udrutowaniu:


Fason najprostszy jaki mi przyszedł do głowy, bo chciałam po prostu zobaczyć co to właściwie wychodzi z tego pralkowego filcowania. Wymiary torebusia miała całkiem słuszne: 70 cm szerokości na 50 wysokości. 
No bo ja duża jestem i torebki też duże lubię :) 

Wrzuciłam toto do pralki, i po godzinie wyjęłam coś takiego, mając w pamięci wyczytaną na jakimś robótkowym forum radę żeby "przede wszystkim się nie załamać".


Nie załamał mnie nawet widok świńskich ogonków, w które zamieniły się moje eleganckie kolorowe torebkowe uszy...


 Ponaciągałam, wysuszyłam, pozszywałam, dodałam podszewkę i kieszonkę oraz suwak, podrasowałam trochę uszy i voilá:


Torebka ma teraz wymiary 30 na 60, czyli dalej jest duża, zamierzam wziąć ją jutro do pracy i zobaczyć jak się ją będzie używać. Kolorowa wełna okazała się, jak widać, nie do końca czystą wełną i sfilcowała się niezbyt chętnie, ale w gruncie rzeczy mi to nie przeszkadza. Daje natomiast pstryczka w nos tym co próbek nie robią, i już wiem że wełnę na następną torebkę na pewno przetestuję :)

Uszy mi wyszły trochę przydługie, a mają szansę jeszcze się wydłużyć, z uwagi na to że moja torba musi być typem "heavy duty", czyli zmieścić tam się musi pół świata oraz zakupy robione po drodze do domu. Ale nic to, uszy się przeszyje trochę bardziej do dołu i będzie ok.

Trochę bardziej mnie martwi jakość tego "upranego" filcu, wygląda na taki co się będzie mechacił, czyli torebka bardziej z tych "na jeden sezon". A, z drugiej strony, czy wszystko musi być na całe życie? Jak się zmechaci to sobie wydrutuję następną. I tak sobie pewnie następną szybko wydrutuję :)

Szukając dziś guzików, które miały maskować przyszycie torebkowych uszu, spędziłam ponad godzinę na zabawie guzikami. Pamiętacie te czasy, kiedy będąc małymi dziewczynkami wyciągałyście mamine guziki żeby się nimi pobawić? Uwielbiałam to!

Jako starsza młodzież często biegałam do pasmanterii i masowo wymieniałam sobie guziki ze starych  na nowe :)  Sama mam teraz niezły kosz pełen różnych guzików, dużych i małych. Moja mała panienka nie znosiła guzików, ani żadnych ubrań zapinanych na guziki, więc ominęła ją ta świetna zabawa. Za to ja się dziś pobawiłam jak za dawnych czasów ...


Koniec końców żadne mi do torby nie przypasowały, ale znalazłam parę fajnych kompletów, które na pewno mi się do czegoś niedługo przydadzą, oraz taki jeden Wielki Guzik, chyba od futra, który zawsze darzyłam ogromną estymą, ale do niczego mi się nie chciał przydać. Mam teraz pewien pomysł z dziedziny koralikowej, może wreszcie nadejdzie dla Wielkiego Guzika jego wyczekane pięć minut...


Ehh, a jutro kolejny poniedziałeczek i do pracy rodacy! Dobrze, że choć już w wiosennym rytmie i przy wiosennym słoneczku :) Czego i Wam życzę!


Komentarze

  1. Do filcu z bazy robionej na drutach jakoś nigdy nie miałam przekonania. Ale Twoja torba bardzo mi si podoba i może zmienię zdanie w tej kwestii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A To mi bardzo miło, choć ja sama nie do końca jestem zadowolona.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, witaj na Przystanku :)

      Usuń
  3. Okropnie niewyspana jestem, ale włożyłam sobie zapałki w oczy i co widzę? Cuda, cuda:) Torebka super i pomysł świetny, a do tego szybkościowy. To lubię:)Szale razem bardzo fotogeniczne, a kolczyki niezwykle ciekawe. Natomiast guzik budzi moje ceramiczne emocje;) Kapitalnie by się odbijał w glinie;) Ciekawa jestem co z niego wymyślisz. I dobrze,że już wyzdrowiałaś:) Uściski.

    OdpowiedzUsuń
  4. Sama jestem ciekawa co ja takiego wymysle ... Sie zobaczy! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja zawsze choruję pod koniec zimy choć nie na grypę, bom szczepiona. Za to gardło bez migdałowe pokazało co potrafi. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Szaliki a ja razem z nimi czekam na rozwinięcie. Torebka też rewelka. Ja tak robię z opornymi tworami mojego filcowania.
    Guziki przydają się zawsze, dlatego nigdy żadnego nie wyrzucam.
    Pozdrówki dla piesów też.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wrzucasz do pralki oporne? I nie boisz sie ze wyjdzie tekturka, tak jak mi jeden szaliczek? Piesy sie odklaniaja wdziecznie :) Ja tez :)

      Usuń

Prześlij komentarz