29.1.12

Przystanek sto dziewięćdziesiąty pierwszy


Zimisko paskudne rozgościło się na dobre... brrrr...
No to i skończyłam wreszcie swoją kamizelę. Proszę uprzejmie, oto i ona:



Kamizela jak kamizela, zwyczajna dość, ale pokazuję, żeby nie było że znowu czegoś nie skończyłam...  ;)

No to jest skończona. Nareszcie, bo już się do mnie z koszyczka uśmiecha jeden taki moherek piękny...

Guzików nie będzie, bo jakoś mi do niej nie pasują. Może jakiś jeden sobie przyszyję,
tam gdzie widać że szpilką spięte, na górze, ale to nic pewnego. Się zobaczy. Może wystarczy jakaś agrafka z kamyczkiem?

Pasy oczywiście widać. Nie jestem tym zachwycona, może się przyzwyczaję. A jak nie, to zawsze jeszcze mogę ją wrzucić do farby. W sumie czarna kamizela też by mi się przydała...

Dzisiejsze fotki znowu przy lampie, bo zapomniałam zrobić je w świetle dziennym, choć było dziś takie piękne...

Za to mam nawrót filcowego zapału. Słońce tak pięknie świeciło, że grzechem byłoby takie światło zmarnować. Miałam mało czasu, więc i szaliczek nieduży:



                     










                                
                              

                               

                                    

                                                               


Właściwie sama nie wiem, czy mi się podoba. Ale w końcu nie zawsze muszę być zachwycona. No to i chyba nie jestem. Jeszcze nie widziałam go przy dziennym świetle, więc tak naprawdę sama nie wiem jak wyszedł. Ot szaliczek taki.

Zaraz luty. Oby przeleciał szybko, bo ja już wiosny chcę!






23.1.12

Przystanek sto dziewięćdziesiąty




Moja wena nadal na zimowym spacerze, nie wiadomo kiedy wróci.

Kolejny weekend przebimbany, wełniane czesanki tylko uśmiechają się smętnie z kąta, nawet nie spojrzałam dziś w ich stronę ...

Zimowy nastrój, zimowa szarość, zatem i na przystanku dziś będzie trochę zimowo.

Jak powszechnie wiadomo, zimowe spacery są najlepszym przyjacielem czarnych kudłatych, więc nie ma sposobu, żeby się od tego wykręcić. No to sobie chodzimy.



  

Całe szczęście że mamy blisko las. Nie jest to co prawda jakaś wielka puszcza, raczej lasek podmiejski, ale i tak lubimy sobie po nim w weekendy połazić. 

Co prawda ja zdecydowanie wolę latem. 

Ale jak się człowiek uprze, to i zimą może dostrzec parę plusów. Choćby niknące pod śniegiem śmieci ...

Zima potrafi też przemienić zwykłe leśne bajora w tajemnicze jeziora: 







Prawda, jakie ładne? Przyznać muszę, że wyglądają ładniej niż latem.

No ale poza widokami, niestety nic dobrego w zimie nie widzę. Najlepiej niech już sobie idzie, bo ja osobiście się już napatrzyłam. A teraz chciałabym się napatrzeć na łany kwitnących kwiatów w ogrodzie...

Nie mam nic nowego do pokazania, więc postanowiłam pokazać stare.

Taką bransoletkę sobie kiedyś zrobiłam. Fotka trochę kiepska ale coś tam widać. Kamyczki to kwarc różowy, a oprócz tego różne koraliki drewniane i szklane. A wszystko na jednym zawiniętym druciku, co się nazywa pamięciowy.


Miałam sobie jeszcze parę podobnych zrobić, ale jakoś nie było kiedy.

17.1.12

Przystanek sto osiemdziesiąty dziewiąty



Śnieg nie wpłynął pozytywnie na mój nastrój. Ani na tak zwaną wenę. Wena poszła do Kaprysi :)

Obiecuję sobie, że nie będę za bardzo marudzić, ale... no nie da się ukryć, że nie jestem zimolubnym stworzeniem. I naprawdę to BARDZO delikatnie powiedziane...

W sobotę miałam pstryknąć fotkę wychodzącym właśnie z ziemi kiełkom krokusów. Nie zdążyłam.
Eh...

Filce mnie chwilowo nie lubią, więc skleciłam sobie dwie pary kolczyków. O takie:




Te różyczki z korala bardzo mnie zachwyciły i po prostu m u s i a ł a m je kupić, a srebrne listki leżały u mnie już ze dwa lata i jakoś do niczego nie pasowały...

Jak widać, moja wiara że wszystko się kiedy może przydać, nie jest bezpodstawna!

A te drugie to perełki słodkowodne, barwione na piękny bordowy kolorek, do którego ostatnio mnie ciągnie:



No i tyle mej działalności.
I tak się cieszę że w sen zimowy nie zapadłam. Obiecuję nie zapadać.


A teraz będzie APEL:

Drogie dziewczyny (i chłopaki, jeśli tu jakikolwiek zagląda), bardzo Was namawiam na zagłosowanie na blog Ori czyli Dom Tymianka, w konkursie na blog roku! To tylko złotówka z małym kawałeczkiem, jeden sms wystarczy!


Kto zna Dom Tymianka, tego namawiać chyba nie muszę. Kto nie zna, niech koniecznie tam zajrzy i zobaczy ile dobrego się tam dzieje, ilu kochanym, biednym stworzeniom Ori pomogła, pomaga i chce dalej pomagać!


Pomóżcie jej choć tak! Wszelkie szczegóły na stronie Domu Tymianka . A ja tylko powiem, że wysłanie sms-a zajmie Wam 15 sekund. Naprawdę warto.




12.1.12

Przystanek sto osiemdziesiąty ósmy


W nowym roku moja wena tak jakby z lekka przysnęła... 
Parę wolnych dni zmarnowałam na załatwianiu spraw różnych, filce w kącie się zdrzemnęły. 

Dzielnie natomiast dłubię moją kamizelę, mając wszelako nadzieję, że jej skończenie nie przyczyni się do jakiegoś nagłego mocnego oziębienia ...




Mówiąc szczerze, ja już o wiośnie myślę. No wiem, wiem, nawet połowy stycznia jeszcze nie ma, ale jednak z pewnością już bliżej niż dalej. Żeby nie wiem co, ja to WIEM :)

No i lęgną się mi w głowie różne nowe robótkowe pomysły, ale, jak wiadomo, od pomysłu do jego realizacji droga daleka, więc nie ma się czym na razie chwalić. Jak będzie czym, to nie omieszkam.

A tymczasem jak zwykle wyglądam weekendu i mam nadzieję na trochę światła dziennego, które wenie twórczej i energii życiowej wybitnie sprzyja.




3.1.12

Przystanek sto osiemdziesiąty siódmy



Nowy rok zaczęłam dość pracowicie, jadąc niespodziewanie do pracy o świcie pierwszego stycznia... Taka ta moja praca jest. Niby spokojna, żeby nie rzec nudna, aż tu znienacka potrafi taki numer człowiekowi wykręcić. Nie wiem czy z tym pierwszym stycznia to dobra wróżba, że pracowicie zaczęłam, czy raczej niedobra, że mi coś popsuć zdołało spokojne wolne dni, ehh... może bezpieczniej się będzie nad tym nie zastanawiać, co za różnica zresztą...

Ale pracowicie i owszem jest. Kamizela szara pnie się radośnie w górę, aż się sama sobie dziwię, chyba bardzo mi się chce wełnianej kamizeli :)




Powiecie co za oryginalny pomysł, żeby połączyć dwa odcienie szarości, ot tak po prostu pasami, hmmm ...

Kurcze no czy to moja wina że przy tym cholernym braku światła dziennego nie zauważyłam że mam w jednym worku dwa odcienie - niby kolor ten sam, ale inny numer tak zwanej partii ...

Przeleżała się ta wełna ze sto lat w mojej szafie, to i zapomniałam o tym, a może nigdy tego nie zauważyłam? 

W każdym razie w sztucznym świetle nic a nic nie widać. Za to w dziennym i owszem, nawet bardzo.

Najpierw się zdenerwowałam, bo oczywiście zauważyłam to pod koniec drugiego pasa, więc stawka o prucie była dość wysoka. 

No  a potem, przejrzawszy resztę motków, stwierdziłam że brnę w to dalej. 

Nie ma mowy żebym coś miała pruć, tyle się na warkoczowałam! Zresztą zwyczajnie mogłoby mi zabraknąć wełny, gdybym zdecydowała się na jeden odcień. 

No to robię dalej, a zwłaszcza dobrą minę do złej gry...

Jakoś to będzie. 

Dokładnie zresztą jeszcze nie wiem jak, bo ciasno opięta na Mańce, wymagać będzie jakiejś szerokiej listwy z przodu, bo nie bardzo mam ochotę być aż tak w niej opięta. Coś wykombinuję. Chodzi mi po głowie pomysł szerokiej listwy w pasy z lewych oczek, tak jakby ściągacz, tylko nie ściągacz :)
Ale nie wiem czy się nada. Najpierw skończę tak zwany korpus, a potem będę myśleć. 

Załapałam się na kilka wolnych dni, ręce mnie świerzbią do filców, zobaczymy czy się uda. Na razie spełniłam obietnicę i wykonałam poncho numer dwa. Miało być takie samo jak poprzednie, starałam się naprawdę, trochę wbrew sobie, bo nie znoszę robić dwa razy takich samych rzeczy. No ale obiecałam to obiecałam. Suszy się na Mańce. Jutro zobaczę co z niego wyszło. A potem w świat.

Macie tak samo? Męczy Was powtarzanie tego samego? Mnie okropnie. Może to wiąże się trochę z tym, że nie lubię robić według podanych na tacy wzorów. Czyli trzymać się przepisu. Niby on przecież mój ten wzór, ale też nie lubię. I tyle. 

Taki ze mnie wolny ptak. Ot.