26.2.12

Przystanek sto dziewięćdziesiąty czwarty


Oto i obiecana sprawozdawczość z działalności koralikowej :)

Do ruloników utkanych z fioletowych koralików dołożyłam kilka fasetowanych turmalinów i wyszła bransoletka ...



A wcześniej jeszcze zrobiłam taką dość zwyczajną bransoletkę ze srebrnych rureczek szklanych, przyznaję bez bicia że ściągnęłam pomysł z książki od Mikołaja, którą chwaliłam się tutaj. Jakoś tak wpadła mi w oko i nie chciała się dać zapomnieć :)



Inna całkiem sprawa, że niekoniecznie ją będę nosić, bo jakoś tak ... za bardzo się błyszczy ... ;)

A tutaj robię następną, tak mi jakoś obrodziło w bransoletki :)



Haft koralikowy fascynował mnie od dawna, doprawdy nie mam pojęcia czemu dopiero teraz się za niego wzięłam....


Aha, już wiem, igieł cienkich nie miałam ...
:)))


Ta haftowana bransoletka będzie jeszcze przez jakiś czas się kluła i kluła, bo robię ją z głowy, więc odkładam, przyglądam się kolorom, czekam na światło dzienne, szukam odpowiednich koralików, myślę sobie co tu dalej będzie...  W tym tempie na chleb bym twórczością raczej nie zarobiła ...
Natomiast koralikowa opowieść w odcinkach zapewniona na parę następnych przystanków.

Oczywiście mam już następne rozgrzebane prace. Oto jedna z nich, kolejna bransoletka, będzie tylko koralikowa. Projekt z głowy, wymyślany, jak to u mnie: krok po kroku :)

 


To tyle koralików na dziś. Ciągu dalszego będzie dużo, dużo. Aż się znudzicie!..

Nie myślcie sobie, że zapomniałam o filcach :)  Na dowód pokazuję jeden z dwóch szali z tego weekendu, na razie w trakcie układania, fotki gotowego będą w następnym przystanku, bo światła zabrakło jak zawsze ...


A teraz najważniejsza fotka dnia:


To moje hiacynty, pchają się na świat!

Kiedy tylko śniegowa kołderka się stopiła, pobiegłam zobaczyć co widać. No i widać, że wszystko już chce rosnąć, wystarczy parę ciepłych dni i będzie zielono!

Moje piesy na ogródkowym rekonesansie:


Tu na dole z lewej mała próbeczka ich talentów w dziedzinie architektury ogrodowej...
No cóż, podobno albo ma się psy albo ogródek. A ja chcę i to i to!
Poustawiałam płotków, których nie znoszę, one mają je i tak w serdecznym poważaniu,  więc ostatnio rozmyślam nad wyrzuceniem ich w diabły (płotków, nie psów) ale póki co, nie do końca mam pomysł co dalej ...

A na zakończenie fotka z dzisiejszego spaceru w poszukiwaniu wiosny.



Jak widać, nie było jej tam jeszcze ...

20.2.12

Przystanek sto dziewięćdziesiąty trzeci

Koraliki mnie ostatnio prawie całkiem pochłonęły. Nie żebym całymi dniami nad nimi przesiadywała, choć gdybym mogła to na pewno godzinami bym siedziała. No ale. wiadomo, nie mam wolnego czasu.

Odkryłam jednak że mogę co dzień wieczorem podłubać przez pół godzinki. Niedawno kupiłam sobie dobrą lampę na biurko, więc pod warunkiem że wcześniej dobiorę kolory, mogę kroczek do przodu z koralikami zrobić. Żmudna to robota, oj żmudna. Ale fajna :)

I nawet łapy mi od trzymania igły nie drętwieją, a za to drętwieje mi od siedzenia pewna część ciała, więc urocze moje krzesełko prędzej czy później będzie musiało ustąpić miejsca czemuś bardziej wygodnemu ...

O koralikach jeszcze będzie później, a na razie pokażę mój filcowany szal z zeszłego tygodnia. Rozdwoić się kurczę nie umiem, więc rzucawka mnie przerzuca od jednego zajęcia do drugiego...
A przy filmie wieczorem na drutach pracowicie przerabiam przepiękny niedawno zdobyty moher w coś niby shrug, a trochę jakby szal w którym będą otwory na ręce a może nawet jakieś prawie-rękawki, zobaczymy co mi z tego wyjdzie. Na razie nie ma czego pokazywać, to i nie pokazuję.

A ten filcowy szal to taki mi się zrobił:



Miałam taki brązowo-granatowy nieduży szaliczek z jedwabiu w ładne "paisleyowe" wzorki. Nawet go już nosiłam parę razy, ale był nieco za wąski i trochę mnie to denerwowało. No cóż, po prostu sam się prosił żeby go troszkę podrasować :)


Ale żeby mi nie było brak tego wzorzystego jedwabiu, zostawiłam go po drugiej stronie bez dodatków:




A teraz wracam na chwilę do koralików. Dziś tylko trochę "zanęcę", kawałkami kilku prac, bo oczywiście, swoim zwyczajem, robię parę na raz. A w następnym Przystanku pokażę te skończone i te co się tak szybko skończyć nie dadzą. 






Ot takie sobie dłubaneczki :) Takie moje nowe czasopożeracze ...





5.2.12

Przystanek sto dziewięćdziesiąty drugi


Postanowiłam sobie, że się nie dam...

To prawda, nienawidzę zimy, a te mrozy doprowadzają mnie do szaleństwa, nie znoszę marznąć a jeszcze TAK marznąć!..

Ale co tam, już parę dni lutego za nami, jeszcze chwilka i się skończy. Nie dam się zastraszyć. Skoro już tyle zimy przetrzymałam bez deprechy to i to wytrzymam, a co :)

Na filce znów nie miałam dziś nastroju, jakoś za dużo pomysłów mi się kręci po głowie i w końcu nie wiem za co mam się zabrać. No to zgadnijcie za co się zabrałam ... 




Oj, oj, koraliki chodziły za mną od lat. Jako młode dziewczę coś tam sobie z koralików plotłam, więc wiedziałam że nie jest to trudne, tylko czasu i cierpliwości trzeba, no trochę trzeba, fakt...

Ale tak bardzo mi się podobają koralikowe ozdoby, że muszę się nauczyć!

Póki co, małe wprawki tylko, trochę bez ładu i składu z kolorami, ale to tylko takie najprostsze ćwiczenie.




Plecenie koralików to jedno, a haftowanie nimi to jeszcze inna parafia. Jeszcze bardziej mnie nęci ...



Zdążyłam sobie jeszcze w ten weekend zacząć obszywać takiego małego kaboszonka z jaspisu. Ciąg dalszy nastąpi. Jeszcze nie wiem co z niego będzie, ale już mi się baaardzo podoba :)

No i nareszcie mam pretekst żeby oglądać sobie w sieci następne koraliki!...