26.1.14

Przystanek dwieście czterdziesty czwarty


No kurczę, nie wiedzieć czemu, robota mi nie idzie. 
Właściwie to wiedzieć czemu. To paskudne zimisko wszystkiemu winne.
Wiem, wiem, wiosna blisko. Szkoda że jednak nie tak blisko jak bym chciała...

Zabrałam się za piękny kaboszon z serpentynitu, mam zrobić podobną do TEJ zieloną bransoletę, bo się spodobała i ma być taka druga. Podchodziłam do tej roboty jak do jeża, już chyba od dobrego miesiąca. Nie znoszę powielać czegoś co już kiedyś robiłam. No ale jak mus, to mus.


No i wreszcie. kiedy dobrałam sobie zielone koraliki, wszystko pięknie poukładałam,


nagle wpadł mi w oko różowy koralik ...

no i tak to się skończyło:


To znaczy to się jeszcze nie skończyło, choć dziś już mam dużo więcej niż na obrazku. Fotek nie zrobię, bo sobie już światło poszło, ale możecie sobie wyobrazić, że dużo się dzieje, oj dużo :)

Serpentynit se jeszcze poczeka, najpierw MUSZĘ skończyć to wariactwo. Jak skończę to, rzecz jasna, pokażę :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu