23.2.14

Przystanek dwieście czterdziesty szósty



O tym, co się dzieje z zamówioną zieloną bransoletką, nie pisnę ani słówka. No bo i nie ma o czym. 

Jak leżała, tak i leży.

Chyba będę musiała powziąć względem niej jakieś mocne postanowienie, bo delikatne próby mobilizacji jakoś nie działają. Ehh, nie lubię jak mi coś tak zalega, zwłaszcza że wiem że nie mam wyjścia i kiedyś ją wreszcie muszę dokończyć ... Wezmę się, słowo. Wezmę się. 

Eh, co to będzie za ulga, jak mi już ta zieleń kiedyś wreszcie zniknie z horyzontu!...

No ale wiadomo, serce nie sługa, więc najpierw musiałam skończyć te kafelkowe cuda. Wyszedł mi taki oto komplecik:



Jak skończyłam jeden, to się zaraz zabrałam za następny. 

A ponieważ odkryłam, że koniecznie potrzebuję czegoś nowego na szyję, a napatoczyły się takie fajne barwione korale z korala koloru niezbyt koralowego, ponawlekałam je sobie na sznureczek i mam. A przy okazji mam też na uszy.




Czasem fajnie zrobić sobie coś z niekoralików :)

Ale oczywiście z koralików też fajnie. Już jestem po uszy wciągnięta w nowe coś. Znaczy kolejna bransoletka to będzie. Zanęcę tylko kawałeczkiem, zresztą jej dużo więcej na razie nie ma.
Taka trochę wariacka będzie:



Techniki "freeform" zawsze mnie strasznie nęcą. Chyba po prostu lubię robić coś bez ładu i składu, bez podanego wzoru czy schematu. Tak jest w robótkach drutowo-szydełkowych, podobają mi się też patchworki w wersji crazy. Nie-crazy też mi się podobają, ale nie wiem czy kiedyś zdobędę się na tak wielką dawkę dyscypliny, żeby wykroić i pozszywać ze sobą dziesiątki jednakowych i równiutkich elemencików :)

No więc okazało się, że i w koralikach można trochę sobie poszaleć :) Co z tego wyjdzie, pewnie zobaczycie niebawem.


5.2.14

Przystanek dwieście czterdziesty piąty


A oto Bollywood w prawie całej krasie :)  






"Prawie",  bo, jak widać. brakuje jednego kolczyka. Koniecznie chciałam zrobić fotki za dnia (choć i tak wyszły mocno kiepskie), więc pstryknęłam nie skończony komplecik. Ale teraz mam już oba kolczyki, słowo :)

Nie muszę zapewne dodawać, że zielona bransoleta z serpentynitem leży odłogiem, a ja natychmiast po skończeniu Bollywoodowego kompletu zaczęłam oglądać swoje skarby w poszukiwaniu dalszego natchnienia ...

No i wpadłam w zachwyt nad kolorowymi czeskimi kafelkami:


Sami przyznacie, że da się wpaść w ten zachwyt, prawda ? No to wpadłam.

(Swoją drogą, czy to normalne w moim wieku wpadać w zachwyt nad koralikami, hm, nie wiem i chwilowo nie chcę dociekać ...)

W każdym razie, ta różowa mieszanka jest już w trakcie przybierania konkretnych kształtów.

A zielony serpentynit wzdycha żałośnie i czeka, czeka ...
Muszę się za niego wziąć. I jeszcze mam ze dwie takie inne robótki co to już powinny być zaraz gotowe. Ale póki co, siedzę w różowych kafelkach :)


Para jak z samowara, czyli o trudnych początkach wielkiej przyjaźni

opowiada Mila na psim blogu